Rok wilkołaka – Stephen King

WILKOŁAK BEZ PAZURA

 

Nieco mniej typowa pozycja w dorobku Kinga. W skrócie to miał być kalendarz. Dwanaście miesięcy, dwanaście historii, ale króciutkich. King się rozpisał, wyszła książka. Niepotrzebnie. Mimo znakomitych rysunków legendy komiksowego horroru zdobiących całość, sama historia to ani opowiadania, ani powieść. Tu za szybko poprowadzona, tam za wolno, nierówna, bardzo prosta i niewymagająca na żadnym polu. Ot kolejny pokaz, że masa pomysłów, które King miewał, nie nadawała się do realizacji. A może to on nie był w stanie wycisnąć z nich czegoś ponad przeciętność.

 

Co tu dużo mówić, jeśli chodzi o fabułę to, jak mówi tytuł, rok z życia wilkołaka opowiedziany poprzez znaczące daty kalendarza w stylu Sylwester, Czwarty Lipca itp. Rok jego polowań, ofiar, a także tych, którzy chcą mu się przeciwstawić, w tym niepełnosprawny, dziesięcioletni chłopiec – Marty Coslaw…

 

Jak na książkę Kinga to pozycja przypominająca objętością opowiadanie, a nie rasową powieść. I to objętością zawyżoną przez ilustracje – swoją drogą znakomite, w końcu robił je Bernie Wrightson („Potwór z bagien”, „Batman: Sekta”), legenda komiksowego horroru, który tu może nie jest u szczytu swoich możliwości, ale robi kawał dobrej roboty. Tak czy inaczej, że to dzieło wypada dość blado to pewnie w dużej mierze zasługa tego, że powstało na zamówienie, ale też i czuć tu, że rzecz napisana jest jakby od niechcenia i bez zaangażowania. Nie dość, że fabuła jest schematyczna i prosta jak drut, to na dodatek stylistycznie rzecz jest po prostu nijaka. Zadziwiające jak na tak niewielu stronach można zawrzeć taką masę dłużyzn, które nużą i akcji, która nijak nie angażuje. Dreszcze? Klimat? Zagadka? Na polu literackim nic takiego nie znajdziecie.

 

Oczywiście da się to czytać, leci szybko, a wydanie nieco podnosi poziom całości, ale to wciąż taki kiczowaty horror, jakich wiele. Lepiej ten patent w wersji filmowej, która też do dobrych nie należy. tam fabularnie nadal cudów nie ma, ale za to jest to, co ratowało kino z lat 80. – magia ekrany, klimatu, te światła i pewna lekkość. U King pozostaje toporność i fabuły, i stylu. I taka opowieść bez kła, bez pazura, bez krwistości, chociaż krew potrafi się polać.

Komentarze