Ultimate Comics Spider-Man by Brian Michael Bendis TPB #3 – Brian Michael Bendis, David Marquez, Pepe Larraz
PODZIELENI I ZJEDNOCZENI
Jakiś miesiąc temu wyszedł drugi tom przygód
Milesa Moralesa, a ja w końcu postanowiłem doczytać nieco tego, co mam z serii.
No i to, że zwlekałem tak długo dobrze obrazuje, jakie jest moje podejście do
tej serii. Na „Ultimate Spider-Mana” rzucałem się zawsze od razu, jak ten
szczerbaty na suchary, łykałem tomy w zawrotnym tempie po kilka razy, a już
potem przestało ssać mnie to tak bardzo.
Miles jest spoko, ale jakiś taki mało wyrazisty. No po prostu krzywe odbicie
Petera, które ma złego wujka, którego rodzice żyją, a i ma z kim o byciu
herosem pogadać, ale poza tym to i tak ma wszystko podobnie się toczące i to,
że ta seria to jeszcze jeden retelling originu Pajęczaka jakoś mnie nie do
końca kupiło. I Bendis może dobrze to robi, fajnie się czyta i w ogóle, ale to
już w powtórka z rozrywki. Warta poznania, bo ciągnie dalej zaczęte kiedyś
wątki i jest lepsza od wielu głównych serii, ale nie robi już takiego wrażenia.
Miles nie ma łatwo ani lekko. Nie dość, że
wciąż uczy się, jak być bohaterem (a każdy ma go za Spider-Mana, który zginął i
nie wypracował jeszcze sobie własnego wizerunku), to jego własny wujek, bandyta,
odkrył jego tożsamość i szantażuje go. Chce, by w zamian za milczenie o
działalności bratanka, ten pomógł mu pozbyć się lokalnych bandytów, by on został
tu królem przestępczego półświatka. Miles jednak buntuje się coraz bardziej,
ale i szuka metody, jak wybrnąć z tych kłopotów. To nie może się dobrze
skończyć, a niestety to dopiero początek. Prawdziwe i jeszcze większe problemy
nadciągają i… Czy tak niedoświadczony bohater, jak Miles, będzie w stanie
poradzić sobie z tym wszystkim?
Trochę dziwny jest ten podział oryginalnych
wydań TPB. Bo tak, pierwsze dwa zeszyty to dokończenie wątku z poprzedniego
tomu i śmiało by można je tam dodać (ten album jest dużo grubszy od
poprzednika, więc nie ma tu mowy o dzieleniu wg. ilości stron). Tu natomiast
przez to, że mamy dwa numery na początku, w środku pominięty zostaje poboczny,
ale jednak ciekawy zeszyt #16.1. Ot takie tam kręcenie bez sensu, ładu i
składu. A sam komiks? No to Bendis jest, więc jest dobrze, ale „Ultimate
Spider-Man” był rewelacyjnym komiksem, ten jest tylko bardzo dobrym. Nadal
liczę, że Bendis jednak będzie miał asa w rękawie.
A na razie jest dobra, rzetelna komiksowa robota. Lepiej wychodzi to, co osobiste i przyziemne, ale sama akcja, która jednak w tym tomie dominuje, też swój urok ma. Sporo bohaterów, sporo wydarzeń, dramatyczne jest i konkretnie. Tak, jest też z patosem i paroma frazesami (ach to „podzielni upadniemy, zjednoczeni przetrwamy”), ale zabawa jest udana. To wszystko już było, ale Bendis umie zrobić to w takim filmowym stylu, że czytanie to czata przyjemność. Są też emocje, zwłaszcza to, jak wkurza nas wujek Milesa, są epickie sceny, jest sporo gościnnych występów i dobre rysunki też są. Warto. Chociaż i tak najlepsze co miał w temacie do powiedzenia scenarzysta, powiedział już w serii „Ultimate Spider-Man”.

Komentarze
Prześlij komentarz