Rustler (Grand Theft Horse) (PC)

SKARPETKA, KAPUSTA, PIEROGI

 

„Rustler”, czyli taka nasza polska odpowiedź na „GTA”. Tak w skrócie i uproszczeniu. Bo może i rodzima ekipa zrobiła gierkę w tym stylu, ale dziejącą się w średniowieczu i my nie samochody, a konie kradniemy. Poza tym, jeśli sądzicie, że czeka tu na Was rzecz w stylu „GTA 5”, to nic bardziej mylnego, bo deweloperzy poszli w klasykę i inspirowali się przede wszystkim pierwszymi dwiema odsłonami Zuchwałej Kradzieży Auta. Ale co z tego wynika dla graczy? Nie powiem, że wielka gra, którą zapamiętam na lata, ale przyjemna, wypełniona nawiązaniami i żartami produkcja, która potrafi poprawić humor.

 

Główny bohater, Guy, to taki wiejski rozrabiaka, rzec można. Ale powoli zaczyna wyrastać na prawdziwego średniowiecznego gangstera. I tak oto, imając się zajęć kolejnych, czasem spotykając inkwizycję, czasem biorąc udział w turnieju, to znów pakując się w zasadzki, jakoś ciągnie do przodu. Ale dokąd go to zaprowadzi?

 

No i gramy w to wszystko w rzucie z góry, w którym praca kamery czasem pozostawia sporo do życzenia, acz ogólnie nie jest źle. Największą bolączką gry jest jej sterowanie, bo specyfika poruszania się i to, jak czasem na nasze działania reaguje postać, potrafi zirytować. Niektóre mechaniki nie zostały wykorzystane, ale… No co ja będę mówił, i tak mi to wszystko podeszło. Co prawda jako taka niezobowiązująca rozrywka, ogrywana z doskoku, czasem, z przerwami, którą przeszedłem w piętnaście godzin zaliczając wszystko, co główne i poboczne, ale jednak.

 

No bo „Rustler” śmieszy i o to tu chodzi. Jedziemy sobie koniem, potrącimy kogoś śmiertelnie, już straż nas goni na sygnałach na koniach, jak sceny z aresztowaniami w „Shreku 2”, ale my myk, do stodoły czy innej szopy, konia nam przemalują i śmigamy dalej. Radia tu nie ma, wiadomo, ale podjeżdżamy do jakiegoś barda, płacimy i gość siada z nami na konia i jedzie i nam przygrywa. No i ci bardowie, którzy tu i tam stoją pod budynkami, potrafią śpiewać (dobra, beatboxoować) sobie „Pierogi”, „Kapusta” czy „Skarpetka”. I jak tu czasem mordy nie ucieszyć? Poza tym sama akcja jest udana. Nawiązań tu masa, od „Wiedźmina” i „Star Warsów”, przez filmy Monty Pythona i BoJacka Horsemana, na Liroyu (zobaczcie, jak gangsta raper, któremu mamy pokazać życie bandyty wygląda) i dziełach Pratchetta skończywszy. Tu przekonujemy kuloziemców, że Ziemia jednak jest płaska, wiedźmę (Blair Witch, please…) mamy spalić na stosie, a i znaleźć szkielet wielkiej krowy… dinozaura znaczy. No i czy tytuł nie kojarzy się Wam z jednym z samolotów z „GTA”?

 

I właśnie tym gra stoi. Nie miodnym gameplayem, a tym, jak się morda cieszy przy kolejnych takich smaczkach i easter eggach, wspomaganych przez bełkot bohaterów, bo oni nie mówią, a bełkoczą i swojski klimat. Graficznie nie jest źle, a całość pozwala nam i na szybko skończyć główne zadania, i pobawić dłużej, robiąc to, co poboczne. Ot gierka, którą zachwycić się nie da, ale zabawić przy niej można i tyle w temacie. Gdyby tak w podobnej wersji zrobić remastery pierwszych dwóch „GTA”, grałbym.

Komentarze