Batman. Ziemia niczyja #7: Ostatnia gra – Chuck Dixon, Greg Rucka, Dennis O'Neil, Dale Eaglesham, Jim Balent, Dale Eaglesham, Jim Balent
EPICKI FINAŁ
To, co Egmont wypuszcza od paru lat w tych
grubych tomach „Batmana” to łakomy kąsek dla czytelników z mojego pokolenia:
ludzi wychowanych w czasach istnienia TM-Semic i wydawanych przez nie
komiksach. Najpierw dostaliśmy pięciotomowy „Knightfall”, który zbierał
wszystko, co za Semica z tej historii wyszło plus rzeczy przez oficynę pominięte
albo pocięte, a także to, co dalej, a czego wtedy nie miesimy okazji czytać, bo
seria przeskoczyła z kolejnymi numerami do dalszych, często dość zamkniętych
opowieści. A teraz mamy w końcu w komplecie także kolejną epicką, jeszcze
bardziej rozbuchaną w kwestii rozmiarów i skali wydarzeń opowieść dziejącą się
jakiś czas po tym, czym semicowe komiksy się skończyły – „Ziemia niczyja”.
Siedem tomów, takich po pół tysiąca stron. To robi wrażenie. A same zebrane tu
numery? Też. Może i całość jest oparta na naciąganym pomyśle, często gubi się
tu spójność, ale to, jak ją wykonano, poprowadzono i wreszcie doprowadzono do
końca w nastrojowych numerach wieńczących album, jest po prostu świetne.
W wyniku trzęsienia ziemi i tym podobnych
zdarzeń – a także machinacji na różnych szczeblach – Gotham po katastrofie
zostało odcięte od reszty świata i zostawione samo sobie. Większość ludzi
opuściła miasto, zostali jednak nieliczni, a także ci, którzy chcieli nim
rządzić, a także ci, którzy chcieli bronić wszystkich. A na jego terenie panuje
absolutne szaleństwo. Na tym ostatnim etapie, niemal rok po katastrofie, Two
Face chce wymierzyć sprawiedliwość Gordonowi i dlatego robi mu... rozprawę
przed własnym sądem. Bat-rodzina, jak zwykle robi swoje i po swojemu, działając
zarówno jako Gacek, jak i ścigany przez paparazzi Bruce Wayne, a jego
bat-rodzina dokłada starań, by zaprowadzić porządek w ruinach Gotham. Catwoman
zaś stara się dostarczyć dysk, który zawiera ważne dane, ale robi się problem.
A tu jeszcze pojawia się Lex Luthor, który ma swój plan co do całego miasta,
ale czy taki, jakiego potrzebuje to miejsce? Jakby tego było mało, Joker nie
siedzi cicho i szykuje się do spektakularnej akcji…
„Batman” z lat 80. i 90. to pierwsze komiksy o
Gacku, jakie poznali czytelnicy znad Wisły. Postać debiutowała w naszym kraju w
1990 roku, od razu dostając własną regularną serię, która utrzymała się przez
98 numerów (nie licząc wydań specjalnych, których nie brakowało) i dla ludzi,
którzy wtedy, tak jak ja, przeżywali swoje szczenięce lata, ten okres na zawsze
pozostanie nie tylko w pamięci, ale i serduchu. Co to dużo mówić, dla nas
przygody Batka z tamtych lat to będzie kwintesencja tej postaci i tyle w
temacie. Podobnie zresztą jest z kreskówką z Nietoperzem, a i o niej wspominam nie
przypadkowo, bo mamy tu nawet historię rysowaną właśnie w tym stylu, co stanowi
kolejny fajny bonus (no i całkiem fajna, nieoczywista to opowiastka). Wszystko
to zaś to przecież historie właśnie z lat 90., w typowej dla tego okresu
estetyce, stylistyce i tematyce. Bywa naciąganie, bywa naiwnie, ale jest urok,
mrok, dobra akcja i to, co zawsze lubiłem w tamtych czasach. Niby mamy wielki
event dziejący się przez parę tysięcy stron, ale te wielkie wydarzenia to nie
tylko sedno, ale często po prostu tło dla innych opowieści. Dlatego znajdziecie
tu też sporo samodzielnych historii, które można przeczytać niezależnie, nie
znając całości. I w sumie, jeśli nie czytaliście poprzednich sześciu części, na
końcu i tak macie przypomnienie najważniejszych wedrze, dzięki czemu będziecie
mogli wejść w to wszystko płynnie i cieszyć się nawet z samej finałowej
odsłony.
A cieszyć jest z czego. Niby wielu twórców,
poziom nie zawsze równy, niby wkrada się chaos i brak spójności między
poszczególnymi numerami, ale rzecz nigdy nie schodzi poniżej pewnej jasno
wyznaczonej granicy. Masa bohater i wrogów, jeszcze więcej wydarzeń. Dzieje się
różnorodnie, czasem w iście szalony sposób. Zdarza się, że coś jest naciągane –
cały ten pomysł na odcięcie Gotham po katastrofie, nawet jeśli motywowany przez
twórców też zresztą taki jest – ale jednocześnie ma swój urok, a finałowe
numery i akcja Sarah z dziećmi i Jokerem no miodzio. Gdyby dziś opowiadać
fabułę taką, jak ta, a pisząc to mam na mysli nie ten watek, a cały kataklizm i
to odcięcie miasta, byłaby to porażka, ale wtedy potrafiono wycisnąć nawet z
tak absurdalnych rzeczy komiksową magię. Podobnie rzecz ma się z rysunkami. Są
tu grafiki lepsze, są słabsze, niektóre cartoonowe prace w ogóle nie pasują do
całości i reszty i… I nadal jednak mają swój urok. Bo kolorystyka tamtych
czasów była stonowana, nieprzesadzona, nastrojowa i robiła robotę. Do tego mamy
świetne okładki, dodatkowe grafiki, bonusy i znakomite wydanie – dobrze, że
Egmont nie ograniczył się tylko do samej „Ziemi niczyjej”, ale i dał wszystkie
te prowadzące do niej historie, dzięki czemu całość zyskuje kontekst, ale i jeszcze
większy rozmach.
W skocie: warto. A co dalej? Cóż, po tych
wydarzeniach w seriach działo się sporo, ale już nie na taką skalę. Gdy piszę
te słowa, na polskim rynku mamy już pierwszy tom „Nowego Gotham”, który
kontynuuje wydarzenia, a co dalej? Jednym z większych eventów był też album
„Joker: Ostatni śmiech”, a także nieznane w naszym kraju fabuły „Bruce Wayne:
Murderer? / Bruce Wayne: Fugitive”. Po nich zaś docieramy do takich opowieści,
jak „Hush” czy „Rozbite miasto”. Ale wciąż jest parę fajnych, epickich
historii, które można by wydać: „Batman: War Games” czy w końcu cały run Granta
Morrisona. To byłoby coś.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.



Komentarze
Prześlij komentarz