Straszny film (2026)

NIESTRASZNY FILM

 

Czy czekałem? Nie. Lubię czasem wrócić do starych „Strasznych filmów” (poza piątką), bo też jako fan horroru lubię czasem machnąć seansik jakiejś parodii, a te, choć – nie bójmy się tego słowa – debilne, swój urok mają. Ale z ciekawości zerknąć musiałem, zwłaszcza, że są tacy, którym się to podobało i mówią, że jednak dało radę i nostalgię przywołało, i tacy, którzy zakopaliby to głęboko pod ziemią i zapomnieli – i w obu przypadkach są to ludzie, którym poprzednie odsłony podeszły. No to zaliczyłem i w zasadzie jestem gdzieś pomiędzy. To całkiem spoko film, przeciętniak, który ma swoje momenty, ale nie czuć, że to „Straszny film”. Raczej jakby hołd i parodia tamtej parodii zrobiona przez ludzi, którzy do tematu podeszli ze zbyt dużym budżetem i zbyt profesjonalnym (od strony technicznej), a zarazem i mrocznym podejściem. Efekt? To bardziej rzecz, jakby nowe „Krzyki” zrobić jako komedie, a nie nakręcić kolejny „Scary Movie” („Krzyk” zresztą taki miał pierwotnie nosić tytuł, jeśli kogoś to obchodzi), ale jest tu parę scen i fajnie, że Wayansowie wciąż za nic mają poprawność polityczną. Obejrzeć więc można, pod warunkiem, że chcecie pośmiać się z nowych „Krzyków”.

 

Morderca przebrany za ducha powraca. Ale czasy są inne, inne jest też pokolenie ofiar. Jedna z nich, Tuesday, po ataku trafia do szpitala. Na wieść o tym jej siostra wraz ze swoim chłopakiem zjawia się, by rozgryźć sprawę, a także odwiedzić matkę obu dziewczyn – czyli, tak, tak, Cindy Campbell, której trochę odwaliło i popadła w paranoję. Od tej pory zacznie się śledztwo, ale i walka o przetrwanie. Gdy młode pokolenie stara się poznać, co znaczy horror przeżywany na żywo, stara gwardia jednoczy siły, a do akcji wraca też Doofy, morderca, który w roku 2000 zapoczątkował to wszystko, a jakby tego było mało pewien znajomy gość o bardzo silnej rączce też pojawia się na horyzoncie i…

 

Co nie gra w tej części? Po pierwsze klimat. Ten film nie jest tak zalany oparami absurdu ani tak kiczowaty, jak poprzednicy – ma więcej nastroju, mroku i horrorowej estetyki, ale chodziło o to, by ich nie miał. Stare filmy, mimo zachowania elementów kina grozy, grubą krechą wytyczały granicę, która w tej części się rozmyła. Efekt? Wkrada się tu zbyt wiele powagi, która kłóci się z komediowymi scenami, zamiast z nimi współgrać. Klimatem ten film bliższy jest temu, co parodiuje, zamiast temu czemu być powinien. Zmieniły się też niektóre postacie, a widać to zwłaszcza po Shortym, którego śmiech i wspólne akcje z mordercą nie są w stanie obronić go jako postaci. No sorry, ale mimo paru scen przypominających o tym, jaki był, nie wychodzi to dobrze. Zgrzyta też wrzucenie tu rzeczy, które nijak z niczym się nie kleją. Stare filmy nie miały większego sensu, bo co chwila ktoś, kto zginął, miał się w kolejnej części dobrze itp., ale nie było tam takich sierot, jak wątek z Hansonem, który pojawia się w filmie późno i do niczego nie prowadzi. Acz, nie powiem, miły to akcent, nawet jeśli powinien być lepiej wkomponowany.

 

No i ten film miłymi akcentami stoi. To zbiór fajnych momentów, które posklejano niewłaściwym klejem. Produkcję wypełniła cała masa znajomych twarzy (na niektóre ciężko się patrzy i wcale nie dlatego, że zmienił je wiek, a zabawy z medycyną estetyczną – ci, którzy zestarzeli się naturalnie wyglądają dobrze, a niektórzy, jak Shawn Wayans, w ogóle się nie zmienili przez ćwierć wieku), powroty aktorów z poprzednich części (najwięcej z pierwszych dwóch, ale i z trójki i czwórki też nie brakuje – piątkę olano i dobrze, w końcu to rebootquel i ma prawo ignorować, co sobie chce). Najbardziej cieszy tu powrót Brendy, acz parę nieoczywistych wystąpień też potrafi ucieszyć pysk. Młoda obsada? No całkiem do rzeczy, bo dobrano dobrze pod względem wizualnym względem „Krzyków” (od 4 do 6, bo tymi zajmuje się film), chociaż aktorsko, jak to w „Strasznym filmie”, super nie jest.

 

Żarty? A no są, czasem fajne (sceny w metrze mają swój dawny obrazoburczy wdzięk, podobnie, jak udany początek czy sekwencje z FBI i Hansonem), ale wydaje się ich za mało. Twórcy parodiują masę rzeczy (nawet COVID), ale ograniczają mocno rozwijanie tych wątków na rzecz głównego pomysłu, więc nie z każdego żartu wycisnęli, co trzeba. Grają za to na sentymentach i nostalgii. Ten film to w zasadzie nie tyle film, ile czysty fanservice. Wayansowie wcisnęli tu wszystko, co się dało, wypełnili to smaczkami, odniesieniami – zarówno do horrorów, jak i poprzednich filmów (ale i innych swoich produkcji) – itp., itd. I czasem w tym przesycie ginie clou, ale ogląda się przyzwoicie. Zwłaszcza, że ekipa nie boi się żartować z poprawności politycznej czy samych siebie, a i stara się bawić tym wszystkim z nami, mówiąc ej, patrzcie, jeszcze potrafimy. No nie potrafią, zdziadzieli, zmienili się, nie czują już tego tak, jak kiedyś, ale czasem można znaleźć w nich to, co sprawiało, że oglądaliśmy tamte filmy i do nich wracamy.

 

I chociaż nie jest to najlepszy „Straszny film”, nie jest też najgorszy (tym już na zawsze pozostanie piątka), poziom wypada lepiej niż niejeden współczesny horror, że o komedii nie wspomnę. Głupie to, absurdalne, z humorem poniżej pasa i często godności, ale jak powstanie siódemka, na pewno zerknę. Jak i zerkam na kolej na „Krzyki”, chociaż ta seria powinna odejść dawno temu na zasłużoną emeryturę.

Komentarze