Carpe Jugulum – Terry Pratchett

CHWYTAJ GARDŁO

 

 „Carpe Jugulum” to w zasadzie finał opowieści o Czarownicach. Wiadomo, te bohaterki jeszcze powrócą, ale w tomach, które opowiadać będą przede wszystkim o Tiffany Obolałej, więc… No właśnie, a zatem tu kończy się główna seria z nimi i chociaż nie odczuwa się tego aż tak mocno (jednak brak babci Weatherwax cały czas unosi się nad tomem, przypominając, że oto mamy koniec pewnej ery), widać w tym pewne domknięcie. Przy okazji to jednak bardzo fajna satyra na opowieści o wampirach – a raczej całą estetykę (i sporo elementów) grozy czasów złotej ery horrorów, co w efekcie daje nam doskonały tom. Nieco poważniejszy, to fakt, z paroma trudniejszymi tematami, ale czytający się jednym tchem.

 

W Lancre na świat przechodzi córka Verence’a i Magrat. Z tej okazji zaproszone zostają różne osobistości, w tym, oczywiście, czarownice, mający nadać imię dziecku kapłan boga Oma – Wielce Oates, a także rodzina wampirów – czy jak kto wolu wampyrów    z Überwaldu. No i zaczyna się problem, bo raz, że ceremonia nadania imienia idzie nie tak, jak trzeba, to jeszcze wampiry zaczynają wpływać na króla i przejmują władzę nad królestwem. A że są to wampiry nowoczesne, nie boją się niczego, bo przezwyciężyły wszelkie, uznawane przez nie za psychosomatyczne, problemy, jak niechęć do czosnku i tym podobne bzdety. Czy ktoś może stawić im czoła?

Jak się można domyśleć, czarownice, ale te mają problem. Babcia Weatherwax je opuściła i gdzieś zniknęła, a pozostałe kobiety – niania Ogg, Agnes (która mając w sobie osobowość Perdity jest odporna na wpływ wampirów) i Magrat – będą musiały stworzyć nową ekipę i stawić czoła zagrożeniu. Czy Wielce Oates, który też jest niewrażliwy na mentalne zdolności krwiopijców im pomoże? Czy Hodgesaargh znajdzie feniksa? I gdzie w tym wszystkim miejsce dla Igora, służącego wampirów, który ma dość nowoczesności i tęskni za tradycją?

 

Świetny tom. Świetny, ale nie najlepszy. Jednak poprzedni bardziej mnie porwał, więcej zaoferował, chociaż tu też bawiłem się dobrze. Zresztą o tym, jak fajnie wszedł niech świadczy fakt, że zdjęty jakimś wirusem, ledwie żywy, łyknąłem go w trzy dni, a nie był moją jedyną w tym czasie lekturą. Co mnie kupiło? A no jako fana horrorów to te odniesienia, zabawy mitologią wampirów etc., etc. to na pewno jedna z najważniejszych rzeczy, które zaliczam tu in plus. Zwłaszcza, że Igor jest setną postacią, która jeszcze bardziej podkreśla absurdalny klimat całości, kojarzący się z „Rodziną Adamsów”. Wątki z czarownicami są dobrze poprowadzone, nieoczywiste usunięcie w cień babci Weatherwax robi swoje, a powieść ma klimat. Wprowadzenie poważniejszych kwestii, karzących nam pochylić się nieco nad kwestiami moralnymi i tym kto i o czym powinien decydować też jest in plus. No i fajnie wypada wątek Oatesa. Sam kapłan jest co prawda nijaki, ale za to mamy świetną satyrę na zinstytucjonalizowaną religię – świetną, ale już nie tak dobrze spełnioną, jak we wcześniejszych tomach, bo temat był nie raz i nie dwa i jest tu parę elementów naciąganych – i wszelkie te schizmy.

 

Czyta się to miodnie, rzecz i śmieszy i ma dramatyczne momenty. Akcja w finale, choć Pratchett jak zawsze robi wszystko od linijki, dobrze wypada, a tom ma do zaoferowania wiele świetnych momentów. Dobre pisarstwo, pomysłowość i dużo smaczków łączą się w jedną, znakomitą całość. Bywa nostalgicznie, bywa, że i łopatologicznie w kwestii przesłania, ale zawsze jest sympatycznie i nie ma miejsca na nudę.

Komentarze