Sin City: Krwawa jatka – Frank Miller

RATOWAĆ STARE MIASTO

 

Trzeci tom „Sin City” (a czwarty po polsku, bo jako drugi w naszym kraju ukazał się tom szósty, zbierający różne krótkie formy) to już pewien znaczący spadek formy. Historia prostsza, bardziej rozrywkowa i jeszcze mocniej stawiająca na akcję. Jest dobrze, jest bardzo dobrze, ale to już nie do końca to samo, chociaż znów z Dwightem, chyba ulubionym bohaterem Millera, w roli głównej. To jednak taka cisza przed burzą i wprawka. Wprawka przed zmianą bohatera i pójściem w jeszcze lepsze w „Sin City”, wprawka przed powieścią graficzną „300”. Ale jeśli tak wyglądałby wszystkie wprawki, czytelnicy nie potrzebowaliby niczego więcej.

 

Dwight znów ma problemy. Sprowadzony przez niego do starego miasta Jack Rafferty ginie. Ginie, bo groził jednej z prostytutek bronią. Tylko, że Jack okazuje się być gliniarzem, a układ wyraźnie mówił, że dziewczyny tu rządzą, same wymierzają sprawiedliwość etc., ale policjantów zabijać nie mogą. Teraz układ legnie w gruzach, wróci stary zły ład, a ulice spłyną krwią. Oczywiście krwią prostytutek. Chyba, że uda się niezauważenie pozbyć ciała. Dwight podejmuje się tego zadania, ale nie będzie łatwo, a na dodatek jemu i towarzyszkom nie ułatwia niczego mafia, której zależy na śmierci starego miasta…

 

Trzeci tom Sin City to kolejny rewelacyjny komiks. Nie tak dobry jak pierwsze dwie części, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia ze świetnym dziełem. Znakomity scenariusz i świetne rysunki (oba w wykonaniu Franka Millera) to już standardowe plusy serii. Tym razem akcja dzieje się wyraźnie po akcji tomów poprzednich, a Dwight powoli staje się głównym bohaterem serii. Jednocześnie widać tu to, co Miller uwielbiał. Jakie? Oczywiście poza przestępczymi i kryminalnymi (swoją drogą zauważcie, że i w „Sin City”, i choćby „Daredevilu” Millera pojawiają się ci sami bandyci, jak choćby Turk) mamy tu japońskie motywy, pojawiające się już w poprzednim tomie, ale w tym wyciągnięte na wierzch i dopracowane, mogące dobrze wybrzmieć i przy okazji pokazać na co stać Miho. Kolejna rzecz to te silne, zabójcze kobiety, które Miller uwielbiał i nawet jeśli nie raz obrywał za rzekomą mizoginię, tworzył charakterne heroiny, które zapadały w pamięć i zmieniły oblicze komiksu, jak choćby Elektrę. No i tu to mamy, w tym tomie chyba mocniej, niż kiedykolwiek. I jest też widoczna fascynacja bitwą pod Termopilami, która jest tu wspomniana i omówiona wprost. Nie jest to pierwszy raz, kiedy Miller sięgnął po temat, bo już w „Spawn #11” zaserwował nam podobną rzecz, a potem, w albumie „300” odtworzył ją po swojemu w pięknej formie.

 


Więc nawet jeśli tym razem jest prościej – także pod względem graficznym, bo często mam wrażenie, że Miller wręcz nadużywa czerni, żeby zaoszczędzić na robocie i detalach – jednak nadal robi to duże wrażenie, wpada w oko, bo tych wspomnianych detali wcale nie porzuca, ciekawi, potrafi coś tam poruszyć i dostarcza masy mocnej, interesującej akcji rodem z groszowych powieści. Jest mrok, jest brutalność, jest pewna romantyczna nuta i sporo erotyki jest także. Jest też więcej pewnego szaleństwa, bo mamy nawet dinozaury – co prawda figury w parku, ale to kolejna rzecz, która u Millera często gości. Nie wiem czy to zasługa czasów, kiedy moda na dawne gady wybuchła dzięki Spielbergowi akurat w tym mniej więcej czasie, czy może millerowska pasja do Batka, a ten T-Rexa w swojej jaskini miał (albo innej pasji), ale są obecne. I wracają w jego twórczości nie raz i nie dwa. Jest więc dobrze, bardzo dobrze. O czym świadczy zresztą fakt, że Miller za „Krwawą jatkę” zagarnął kolejnego Eisnera, czyli najważniejsze wyróżnienie w branży (jeśli chodzi o detale, „Miasto grzechu” zostało wyróżnione w kategorii Najlepszy Scenarzysta / Artysta, Najlepszy Artysta / Rysownik / Inker lub Ekipa Rysowników / Inkerów, Najlepszy Album Komiksowy: Reprint; a „Damulka warta grzechu” i „Krwawa jatka” zgarnęły nagrodę dla Najlepszej Zamkniętej Serii / Miniserii, do tego „Sin City” zdobyło też m.in. Harvey Award za najlepszą Zamkniętą / Kontynuowaną serię). Więc warto. Jak zawsze. Zresztą ten cykl nie ma złych tomów, jest tylko złe pierwsze polskie tłumaczenie (i jeszcze jakiś debil pozwolił tu na przekład onomatopei...), o czym pisałem nie raz i nie dwa, więc już nie ma po co, bo leżącego się nie kopie – choć w tym przypadku…

Komentarze