Piąty Elefant – Terry Pratchett

PIERWSZY (I JEDYNY) ELEMENT

 

Taka moja rada na początek. Jeśli chcecie przeczytać ten tom, nie czytajcie oficjalnego opisu, bo nie ma to najmniejszego sensu (te wątki pojawiają się dopiero w 3/4 tomu…). A sama powieść, jak zwykle, absolutnie warta jest uwagi. Tak, to nadal ten sam, doskonale nam znany schemat. Na dodatek Pratchettowi znów się tu nieco pogubiło w kwestii postaci (charakter Sybil), a całość sięga po tematy z poprzedniego tomu, znów dając nam wampiry, znów Überwald, znów wilkołaki i Igory i… no sami wiecie. Ale dobrze się to czyta, ma więcej wątków i akcji i jakoś tak lepiej mi weszło niż podobny tematycznie tom z czarownicami. Głównie dzięki – poza zabawą horrorowymi klimatami – wątkowi z Anguą i Marchewą, który do mnie trafił konkretnie.

 

A więc tak. W Ankh-Morpork nadszedł czas zmian. Pojawiła się szybka, chociaż niekoniecznie dla wszystkich bezpieczna komunikacja na odległość, Straż Miejska rozrosła się, powstał też wydział zajmujący się wykroczeniami drogowymi, a tu zaczynają dziać się rzeczy, których nikt by się nie spodziewał. Gdy Vimes zostaje wysłany przez Vetinariego jako dyplomata do Überwaldu, gdzie ma nastąpić koronacja krasnoludzkiego króla, w Ankh-Morpork ginie Kajzerka z Kamieni, a na dodatek zabity zostaje Sonky, wytwórca produktów z gumy, w tym niektórych dość kontrowersyjnych, choć jakże przydatnych.

No i jak to wszystko pogodzić? Zwłaszcza, gdy znika Angua, a ruszając za nią Marchewa porzuca Straż? Co takiego się dzieje? Co czeka na Vimesa w Überwaldzie, a co na Straż, która będzie musiała zmierzyć się z przetasowaniem w szeregach? A Piąty Elefant? A no ten podobno kiedyś był, ale doszło do wypadku, grzmotnął w Dysk i tak nastąpiło rozdzielenie kontynentów, ale jakie ma on znaczenie dla tego, co dzieje się obecnie?

 

No i ja lubię, jak oczekuję po książce czegoś konkretnego, spodziewam się podjęcia tematu, bo tytuł coś obiecuje, a tu autor rzuci parę słów w tej kwestii i zajmuje się czymś zupełnie innym, zaskakując, ale i pokazując, że nie idzie w to, co oczywiste. Wiadomo, jeszcze takie zwodzenie musi być dobrze poprowadzone i napisane, ale o to akurat u Pratchetta można być spokojnym. I ja wiem, że dla wielu może to być najsłabszy tom o Straży, bo jednocześnie pozostaje też jednym z najmniej samodzielnych, ale mnie kupił, nawet jeśli tego elefanta (swoją drogą skojarzenia z „Piątym elementem” jak najbardziej poprawne, dlatego tłumacz wybrał taki a nie inny tytuł), to tu jak na lekarstwo, a nawet mniej. Co jest? A no to, co zawsze.

 

Czyli? Jest wątek śledztwa. I ten jest niezły, acz to nie szczyt możliwości serii. Jest akcja – no i akcja im dalej, tym fajniejsza, ze świetnym pojedynkiem wśród wrzącego tłuszczu. Jest dramatycznie, jest parę zaskoczeń. Ale najlepiej działa wątek z Marchewą i Anguą, przynajmniej dla mnie. Ona wśród swoich, z dawnym przyjacielem, on za nią, szukać, ratować i pomóc kosztem wszystkiego. Nie jest to romansidło, ale sporo romantycznych elementów bez jednocześnie pójścia w romantyzm przemyca tu Pratchett. On jakoś o miłości zresztą niezbyt potrafił, chociaż raz mu się udało (kiedyś w jednym z tomów o Śmierci pokazał, że i to, jak zechce da radę), a tu zbliża się do tamtego poziomu, chociaż w inny sposób. A niemal równie dobrze gra w tej powieści, to jak bohaterowie pakują się w sytuację bez wyjścia coraz bardziej i bardziej.

 

Świetna zabawa gwarantowana. Masa smaczków, masa nawiązań do popkultury i historii i ani grama nudy. I chociaż spodziewałem się czegoś zupełnie innego (nie czytałem opisu przed lekturą, już dawno tego przy okazji tej serii nie robię, ale tytuł zobowiązywał), dostałem kawał przyjemnej, niegłupiej satyrycznej lektury, która może i poszła inną drogą, ale poziom zapewniła, jakiego chciałem.

Komentarze