PIERWSZY (I JEDYNY) ELEMENT
Taka moja rada na początek. Jeśli chcecie
przeczytać ten tom, nie czytajcie oficjalnego opisu, bo nie ma to najmniejszego
sensu (te wątki pojawiają się dopiero w 3/4 tomu…). A sama powieść, jak zwykle,
absolutnie warta jest uwagi. Tak, to nadal ten sam, doskonale nam znany
schemat. Na dodatek Pratchettowi znów się tu nieco pogubiło w kwestii postaci
(charakter Sybil), a całość sięga po tematy z poprzedniego tomu, znów dając nam
wampiry, znów Überwald, znów wilkołaki i Igory i… no sami wiecie. Ale dobrze
się to czyta, ma więcej wątków i akcji i jakoś tak lepiej mi weszło niż podobny
tematycznie tom z czarownicami. Głównie dzięki – poza zabawą horrorowymi
klimatami – wątkowi z Anguą i Marchewą, który do mnie trafił konkretnie.
A więc tak. W Ankh-Morpork nadszedł czas
zmian. Pojawiła się szybka, chociaż niekoniecznie dla wszystkich bezpieczna
komunikacja na odległość, Straż Miejska rozrosła się, powstał też wydział
zajmujący się wykroczeniami drogowymi, a tu zaczynają dziać się rzeczy, których
nikt by się nie spodziewał. Gdy Vimes zostaje wysłany przez Vetinariego jako
dyplomata do Überwaldu, gdzie ma nastąpić koronacja krasnoludzkiego króla, w
Ankh-Morpork ginie Kajzerka z Kamieni, a na dodatek zabity zostaje Sonky,
wytwórca produktów z gumy, w tym niektórych dość kontrowersyjnych, choć jakże
przydatnych.
No i jak to wszystko pogodzić? Zwłaszcza, gdy
znika Angua, a ruszając za nią Marchewa porzuca Straż? Co takiego się dzieje? Co
czeka na Vimesa w Überwaldzie, a co na Straż, która będzie musiała zmierzyć się
z przetasowaniem w szeregach? A Piąty Elefant? A no ten podobno kiedyś był, ale
doszło do wypadku, grzmotnął w Dysk i tak nastąpiło rozdzielenie kontynentów,
ale jakie ma on znaczenie dla tego, co dzieje się obecnie?
No i ja lubię, jak oczekuję po książce czegoś
konkretnego, spodziewam się podjęcia tematu, bo tytuł coś obiecuje, a tu autor
rzuci parę słów w tej kwestii i zajmuje się czymś zupełnie innym, zaskakując,
ale i pokazując, że nie idzie w to, co oczywiste. Wiadomo, jeszcze takie
zwodzenie musi być dobrze poprowadzone i napisane, ale o to akurat u Pratchetta
można być spokojnym. I ja wiem, że dla wielu może to być najsłabszy tom o Straży,
bo jednocześnie pozostaje też jednym z najmniej samodzielnych, ale mnie kupił,
nawet jeśli tego elefanta (swoją drogą skojarzenia z „Piątym elementem” jak
najbardziej poprawne, dlatego tłumacz wybrał taki a nie inny tytuł), to tu jak
na lekarstwo, a nawet mniej. Co jest? A no to, co zawsze.
Czyli? Jest wątek śledztwa. I ten jest niezły,
acz to nie szczyt możliwości serii. Jest akcja – no i akcja im dalej, tym
fajniejsza, ze świetnym pojedynkiem wśród wrzącego tłuszczu. Jest dramatycznie,
jest parę zaskoczeń. Ale najlepiej działa wątek z Marchewą i Anguą,
przynajmniej dla mnie. Ona wśród swoich, z dawnym przyjacielem, on za nią,
szukać, ratować i pomóc kosztem wszystkiego. Nie jest to romansidło, ale sporo romantycznych
elementów bez jednocześnie pójścia w romantyzm przemyca tu Pratchett. On jakoś
o miłości zresztą niezbyt potrafił, chociaż raz mu się udało (kiedyś w jednym z
tomów o Śmierci pokazał, że i to, jak zechce da radę), a tu zbliża się do
tamtego poziomu, chociaż w inny sposób. A niemal równie dobrze gra w tej
powieści, to jak bohaterowie pakują się w sytuację bez wyjścia coraz bardziej i
bardziej.
Świetna zabawa gwarantowana. Masa smaczków, masa nawiązań do popkultury i historii i ani grama nudy. I chociaż spodziewałem się czegoś zupełnie innego (nie czytałem opisu przed lekturą, już dawno tego przy okazji tej serii nie robię, ale tytuł zobowiązywał), dostałem kawał przyjemnej, niegłupiej satyrycznej lektury, która może i poszła inną drogą, ale poziom zapewniła, jakiego chciałem.

Komentarze
Prześlij komentarz