poniedziałek, 4 marca 2019

Giant Days #6: Nie wariuj, Daisy - John Allison, Max Sarin

NOWY ROK, NOWE MIEJSCE, NOWE PROBLEMY


Kto nie lubi dobrych komedii obyczajowych? Takich przedstawiających życie w krzywym zwierciadle, ale nie bez goryczy ani tym bardziej nie bez refleksyjnej satyry? Tak, jacyś malkontenci się znajdą, ale tym osobnikom już podziękujemy. A skoro już ich nie ma, śmiało możemy powiedzieć, że chyba każdy, bo każdy lubi się pośmiać, a jeśli jednocześnie może się z czymś identyfikować, to już trudno by nie przypadło mu takie dzieło do gustu. I tak właśnie rzecz ma się z „Giant Days”, znakomitą serią komediową traktującą o studenckim życiu i wkraczaniu w dorosłość.


Dla Esther, Susan i Daisy zaczyna się nowy etap nauki – a dokładniej drugi rok studenckiego życia. Po tym, jak straciły dawny akademik, trzy dziewczyny wprowadzają się do domku poza kampusem. Miejsce to wydaje się być rajem, ale akurat w tym wypadku kluczowe jest słowo „wydaje”. Obowiązki to jedno, wkrótce jednak dochodzi do włamania i studentki tracą wszystko, co w ich dobytku cenne. Kto mógł się tego dopuścić? I co jeszcze je czeka? Cokolwiek to będzie, na pewno nie będą miały łatwo, bo trzeba wziąć się do roboty, odnaleźć w nowej sytuacji, poznać nowych ludzi i… jakoś poradzić sobie z faktem, że Ed mieszka blisko. Zdecydowanie za blisko…


Pisałem to już nie raz, ale napiszę znowu. „Giant Days” to nie tylko świetny komiks, ale i gotowy materiał na doskonały serial komediowy, który szybko doczekałby się kultowego statusu. Widownia uwielbia losy paczki kumpli (tudzież przyjaciółek, jak w tym przypadku), widzowie kochają komiczne tragedie, spotykające bohaterów i zmuszające ich do wygrzebywania się z nich w równie zabawny sposób, a przy okazji chcą by było to realistyczne, absurdalne, wzruszające, ale pozostawiające przede wszystkim dobry humor. I coś tam jeszcze kołaczące się po zwojach naszych mózgów. I to właśnie dałoby przeniesienie przygód trzech dziewczyn na mały ekran.


Ale to samo daje nam wersja komiksowa, świetnie napisana i jakże znakomicie w swej cartoonowej prostocie zilustrowana. Każdy zeszyt to oddzielna, zabawna opowiastka, gdzie mamy i akcję, i pewne tajemnice, i całkiem sporo uczuć. Wszystkie jednak układają się w jedną wielką, znakomitą całość, wątki więc przenikają się ze sobą i rozwijane są z rozdziału na rozdział. Jeśli zaś chodzi o same postacie, skrojone zostały naprawdę nieźle i wyraziście. Ich charaktery są co prawda cartoonowo przerysowane, ale taka to estetyka. I nie, nie myślcie, że mi to przeszkadza, lubię to, cenię i chętnie wracam do tych postaci (a wraz z nimi miejsc i wydarzeń). Bo dziewczyn i otaczających ich facetów nie da się nie lubić. Mają swoje dobre i złe strony, szalone myśli i słabości – i trudno w nich nie znaleźć trochę siebie samego / samej.


W skrócie: po prostu kawał dobrej, wyrazistej komedii obyczajowej. Nie tylko dla tych, którzy wkraczają właśnie w dorosłe, samodzielne życie. Jak na tak zgrany temat, całość jest po prostu zadziwiająco świetna i nawet jeśli myślicie, że za dużo widzieliście już takich historii, sięgnijcie po „Giant Days”. Warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz