Tytus, Romek i A’Tomek. Zaginione księgi #1: Tytus piratem – Henryk Jerzy Chmielewski

ZANIM TYTUS ZOSTAŁ SOBĄ

 

„Tytus, Romek i A’Tomek. Zaginione księgi”. Taka rzecz zawitała właśnie na półki saloników z prasą, dorzucana do dziennika „Fakt”. Cena? Niecała dyszka za gazetę wraz z księgą, czyli całkiem spoko. Tym bardziej, że całość – będzie łącznie sześć tomów – to zbiór starych, niewydawanych w głównych „Księgach” opowieści, znanych z np. „Tytusopedii”, ale tam rzecz była z dodatkami, w ekskluzywnym wydaniu i… no drogo była. Komu zależy na tych bonusach i superjakości, sam wie, kto chce taniej, same komiksy i w wydaniach zeszytowych, jak to „Tytus” zawsze był wydawany, ma do wyboru tę wersję – z gazetą, czy po prostu kupując gdzieś same „Księgi”, bo i takie wydanie też jest. Ale fajnie jest, że mam taką budżetową edycję dla każdego.

 

Na początku Tytus, Romek i A’Tomek organizują własne muzeum zoologiczne – w muzeobusie. To jednak ledwie wstęp, bo oto zaraz zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a bohaterowie zastanawiając się gdzie je spędzić, dochodzą do wniosku, że najlepszym na to miejscem będzie… wsypa Bożego Narodzenia. Pech chce, że trafiają tu na złych ludzi, tracą swoją tratwę i… I tak zaczynają się ich szalone przygody!

 

Jaki „Tytus” jest, każdy chyba wie. Nauka poprzez zabawę, zabawa poprzez naukę. I humor – dużo humoru. I tu to jest, acz jeszcze niewykształcone, inne, niż w regularnych księgach, ale nadal jednak równie przyjemne, urocze i sympatyczne. Bohaterowie różnią się wyglądem od tych, których znamy, stałe postacie i wątki, do których już przywykliśmy (jak profesor T’Alent czy wątki harcerskie) są tu nieobecne, a sam wymiar edukacyjny jest jakby mniejszy, ale…

 

No nadal to ten sam stary, dobry „Tytus” – absurdalny, pełen dziwnych pojazdów, szalonych przypadków i całej reszty. Jest to, co lubimy i czego chcemy, ale jeszcze na etapie ćwiczenia przez autora, co się sprawdza, co nie, i co ona sam chce, a także jak tego chce. Z graficznym uproszczeniem, z bardzo oszczędnym kolorem – osobliwymi dodatkami barw po dwie na raz, co parę plansz innych, acz całkiem trafnie zastosowanych – i wydaniem, które jest ok, ale… No ja zawsze wolę żeby dostać wszystko ułożone chronologicznie, a tu lecą tematycznie, więc w tej księdze mamy serię III i V z lat 1959-1962, ale skoro w tych sześciu numerach będzie wszystko, da się to przełknąć.

 

No i to tyle w temacie. Fajna seria dla całej rodziny i kawał historii komiksu, który miłośnicy tego medium poznać powinni. W końcu te histerie to już nie towar ekskluzywny i limitowany, a dostępny tanio i w szerokiej dystrybucji.


Komentarze