sobota, 16 marca 2019

Słoneczna loteria - Philip K. Dick

ŻYCIE TO GRA



Czy kiedyś trafię na książkę Dicka, która okaże się przeciętna (bo w to, że trafię na dzieło złe nie jestem w stanie uwierzyć – nie po lekturze tylu jego prac)? Wątpię, pisarz ten bowiem, człowiek na wskroś szalony, opętany przez najróżniejsze paranoje i stymulujący swoje psychiczne doliny wszelkiej maści specyfikami, w swym szaleństwie był prawdziwym geniuszem. Kimś o nieposkromionej, przerażającej wyobraźni, roztaczającej przed nim – a w konsekwencji i przed nami – wizje nawet jeśli nie mogące się ziścić, to stanowiące przestrogę przed tym, co już się dzieje. I co dziać się będzie dalej. I taka jest też „Słoneczna loteria”, powieść niezbyt obszerna, ale jak zwykle wciągającą, dostarczająca świetnej rozrywki i skłaniająca do myślenia.


Książka zabiera nas do świata przyszłości, w którym wszystko oparte zostało na logice matematycznej i liczbach. Nie ma tu miejsca na spontaniczność, choć o wszystkim decyduje przypadek. Oto bowiem losami ludzi, polityki i samego świata rządzi wielkie losowanie, które wyznacza nie tylko rytm egzystencji, ale przede wszystkim każdemu daje szansę na zostanie Lotemistrzem – człowiekiem dzierżącym władzę nad wszystkim. Z tym, że na Lotermistrza zawsze musi czyhać jakiś zamachowiec, także wybierany w losowaniu, bo gra musi toczyć się dalej, a loteria nie znosi stagnacji. Zresztą ludzie muszą mieć jakąś rozrywkę, którą mogą śledzić, prawda? Każdy kto zechce, może na dodatek oddać się w niewolę korporacji czy człowieka wyżej postawionego od niego. Na spontaniczność nie ma tu miejsca, ale czy na pewno wszystko jest takie, jakim się wydaje?
W tryby maszyny losującej wciągnięty zostaje młody Ted Benteley. Niezadowolony z życia chłopak, w trakcie poszukiwań pracy, trafia w sam środek wydarzeń, które przerastają nawet jego. Nie wie jednak dokąd go to wszystko zaprowadzi…


Cóż, zanim zacznę wymieniać plusy, które dominują w tym dziele, najpierw kilka słów o tym, co nie wyszło. A może nie tyle nie wyszło, co po prostu okazało się zbyt typowe. A dokładniej: Dick nie zaskoczył mnie rozwojem fabuły i tym, do czego całość zmierza. To jednak jedyny zgrzyt, jedyny zarzut, jaki mogę mieć wobec „Słonecznej loterii”. Cała reszta to już czysta przyjemność, płynąca z obcowania z czymś bliskim i obcym zarazem.


Świat oparty na wielkim losowaniu brzmi absurdalnie, chyba nikt temu nie zaprzeczy, ale w tej absurdalności zawsze była i jest metoda. Rzecz, która wydaje nam się niemożliwa, ma tu swoje umotywowanie. Przede wszystkim satyryczne, ale nie tylko. Ta dziwność sprawia jednak, że czytelnik jest bardziej zaintrygowany, stara się wszystko rozgryźć, odnaleźć w tym, a z czasem przekonuje się, że nie ma tu do czynienia wcale z niczym aż tak obcym, jak można by sądzić na początku. Do tego mamy dobrą akcję, niezłych bohaterów, prawdziwy popis wyobraźni – jak na science fiction przystało – i krytykę ówczesnej sytuacji polityczno-społecznej. A wszystko podane w znakomitym stylu, w którym lekkość zbiega się z literackim wyczuciem i pięknie wydane.


Miłośnikom Dicka polecać nie muszę, podobnie jak fanom fantastyki. Ale każdy, kto lubi dobre, ponadczasowe książki niezależnie od stylu, książki, przy których może pomyśleć, będzie ze „Słonecznej loterii” zadowolony. Dlatego polecam.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza