sobota, 4 maja 2019

Marvel 1985 - Mark Millar, Tommy Lee Edwards

WHAT IF… MARVEL WAS REAL?


Rok 1985. Toby Goodman to nastolatek, jakich wielu. Przed codziennym życiem pełnym problemów, w którym jego rodzice są rozwiedzeni a ciężarna matka wraz z nowym partnerem chce się przeprowadzić za granicę, ucieka w świat komiksów Marvela. W trakcie jednego ze spacerów z ojcem, odwiedza dom, w którym ten w dzieciństwie spędzał czas ze swoim przyjacielem. Teraz przyjaciel ów jest, kolokwialnie mówią, warzywem mieszkającym w domu opieki, a budynek trafia w ręce nowego właściciela, który pozbywa się znalezionych w nim starych komiksów. Ale coś jest nie tak, nie dość, że Toby w oknie domu widzi Red Skulla, to jeszcze miasto atakują wszyscy łotrzy znani z komiksów Marvela...


Mark Millar to zdecydowanie najlepszy i najbardziej pomysłowy z obecnych scenarzystów. Zrewolucjonizował Marvela "Wojną domową", To samo zrobił z Wolviem komiksem "Staruszek Logan”, a "X-Menów" wprowadził w serię Ultimate... Jego dokonania można by wymieniać długo, ale po co. Jego poi prostu trzeba poznać samemu, by przekonać się co potrafi. A potrafi wiele i „1985” jest tego najlepszym dowodem.


Całość skupia się na prostym, ale jakże nośnym pytaniu: co by było, gdyby nagle universum Marvela przeniknęło do naszego świata? Gdyby Galactus wędrował ulicami, Jaggernaut niszczył lasy, walcząc z Hulkiem, a Avengers i cała reszta stoczyła z nimi bój? „1985” odpowiada na ta kwestie aż za dobrze i robi to w wielkim stylu. Jest tu i mądrość i przesłanie, i przygoda, klimat dawnych baśni i horrorów z lat 80., zabawa konwencją, wspaniały nastrój... Podobnych komplementów wiele ciśnie się na moje usta.


Ale nie obejdzie się też niestety bez wytknięcia paru minusów. Do tych na pewno należą rysunki. Z jednej strony znakomite i nastrojowe, z drugiej potrafią być bazgrołami. Ratuje je kolor, ale fakt, że wielokrotnie przerobione zostały zdjęcia, pogłębia wrażenie braku właściwego warsztatu. Co do fabuły, jedynym zastrzeżeniem, jakie mam, jest pewna wtórność po tym, co widziałem w „Ultimate X-Men” przy okazji fabuły z Proteusem Niemniej nie razi to ani nie odstręcza, choć wytknąć musiałem.


I cóż zostaje mi dodać? Przeczytajcie ten album koniecznie, jeśli kochacie komiksy, bo jest tego wart. Szkoda tylko, że 170 stron mija tak szybko.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza