Iron Man – Scott Lobdell, Whilce Portacio, Jim Lee

ŻELAZNE POCZĄTKI


Jako, że jesteśmy po sadze Onslaughta w wydaniu Egmontu, postanowiłem wrócić też do tego, co było potem, a że jeszcze nie wrzucałem tu recki tego numeru, cóż, przyszła pora ten fakt nadrobić. I co mogę rzec? Kiedy jako dzieciak sięgnąłem po ten komiks, co tu dużo mówić, nie zachwycił mnie. Tak samo było w chwili, gdy parę ładnych lat temu, na fali wydawania Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, postanowiłem pogrzebać nieco w moim regale na półkach ze starymi komiksami i przypomnieć sobie rzeczy już zapomniane. I nie zmieniło się to także teraz, chociaż miałem nadzieję, że wcześniej źle oceniłem całość. Nie zmienia to jednak faktu, że całkiem nie najgorzej rzecz się czyta, a kilka fajnych rzeczy pozostaje wartych uwagi. A jeśli czytaliście poprzedni tom, poświęcony Fantastycznej Czwórce, dodatkowo rzecz nieźle się z nim dopełnia i w zasadzie trzyma zbliżony poziom plus ma parę fajnych momentów.


Tony Stark to milioner i playboy. Cham, świnia i kombinator także. Śmiertelnie ranny w wyniku wypadku, przywdziewa eksperymentalny kostium z metalu by uratować własne życie i jednocześnie stawić czoła Hulkowi, który pojawił się w skutek machinacji organizacji terrorystycznej Hydra. Niestety Stark nie ma pojęcia, jak głęboko sięgają macki wrogów, ani tym bardziej, jak od tej chwili zmieni się jego życie i do czego to wszystko doprowadzi.


Ten wydany na marnej jakość papierze (TM-Semic cięło tak koszty pod koniec publikacji serii, bo ta nie sprzedawała się za dobrze) komiks, to przedruk trzech pierwszych zeszytów z oryginalnego „Invincible Iron Man" opowiadającego na nowo początki Człowieka z Żelaza, w ramach eventu „Heroes Reborn”. Bohaterowie wówczas zginęli, a przynajmniej tak się wydawało, bo w rzeczywistości trafili do kiszonkowego wszechświata, gdzie nie pamiętając nic ze swego życia, na nowo przeżywali swoje losy. Serie z tego cyklu powierzono wielu popularnym i cenionym autorom, ale jak to bywa, tym razem nie wyszło im to zbyt dobrze. Co prawda twórcy kinowych przygód Iron Mana równie wiele czerpali z klasyki, co tego typu – choć akurat nie tej konkretnej – opowieści, niemniej im udało się zrobić to lepiej, niż Lobdellowi, Portacio i Lee.


Właściwie poza tym, że komiks przybliża początki bohatera, nie ma do zaoferowania wiele dobrego. Jeszcze pierwszy zeszyt czyta się naprawdę dobrze, fajnie splata się tu origin Irona Mana i Hulka, ale potem jakoś się to sypie. Scenariusz Lobdella i Lee staje manieryczny i naiwny, choć nie powiem, że pozbawiony uroku. Mogło być pięknie, bo historia wypełniona jest dodatkowymi smaczkami i stanowi element większej całości – mamy tu bowiem narodziny Hulka, przybycie Fantastycznej Czwórki i tym podobne atrakcje – ale te naprawdę fajne sceny nie mają często należytego rozwinięcia. Akcja musi pędzić, co chwila ma się coś dziać, a w efekcie tego wszystkiego w ręce czytelników trafia po prostu jeszcze jedna szybko poprowadzona fabuła superhero, którą czyta się co prawda bez znudzenia, ale potem od razu zapomina.


Niestety to, na co liczyłem najbardziej, czyli ilustracje Portacio, także jakoś nie zachwycają. Po części zabija je jakość druku i wydania, ale nie tylko. Portacio jakby nie chciało się rysować, są świetne momenty, ale są też i o wiele słabsze, z dziwnymi proporcjami etc. Kolor nie zachwyca, a co więcej autor do granic przerysowuje postacie, nawet ze słabowitych bohaterów robi mięśniaków, na których niemal pęka ubranie, co aż kłuje w oczy. Mogło być ciekawie, mogło być naprawdę dobrze, wyszło najczęściej nijako i wręcz parodystycznie, nawet mimo tego, że mamy tu parę nastrojowych momentów.


No ale po komiks sięgnąć można. Beż większym zachwytów się to odbędzie, ale i rozczarowania strasznego też nie odczujecie. Ot rozrywka dla fanów.

Komentarze