ŻELAZNE
POCZĄTKI
Jako, że jesteśmy po sadze Onslaughta w wydaniu Egmontu, postanowiłem wrócić też do tego, co było potem, a że jeszcze nie wrzucałem tu recki tego numeru, cóż, przyszła pora ten fakt nadrobić. I co mogę rzec? Kiedy jako dzieciak sięgnąłem po ten komiks, co tu dużo mówić, nie
zachwycił mnie. Tak samo było w chwili, gdy parę ładnych lat temu, na fali wydawania Wielkiej
Kolekcji Komiksów Marvela, postanowiłem pogrzebać nieco w moim regale na półkach
ze starymi komiksami i przypomnieć sobie rzeczy już zapomniane. I nie zmieniło
się to także teraz, chociaż miałem nadzieję, że wcześniej źle oceniłem całość. Nie zmienia to jednak faktu, że całkiem nie najgorzej rzecz się czyta, a kilka fajnych rzeczy pozostaje wartych uwagi. A jeśli czytaliście poprzedni tom, poświęcony Fantastycznej Czwórce, dodatkowo rzecz nieźle się z nim dopełnia i w zasadzie trzyma zbliżony poziom plus ma parę fajnych momentów.
Tony Stark to milioner i playboy. Cham, świnia i kombinator także. Śmiertelnie ranny
w wyniku wypadku, przywdziewa eksperymentalny kostium z metalu by uratować własne
życie i jednocześnie stawić czoła Hulkowi, który pojawił się w skutek machinacji organizacji terrorystycznej Hydra. Niestety Stark nie ma pojęcia, jak głęboko sięgają macki wrogów, ani tym bardziej, jak od tej chwili zmieni się jego życie i do czego to wszystko doprowadzi.
Ten wydany na marnej jakość papierze (TM-Semic cięło tak koszty pod koniec publikacji serii, bo ta nie sprzedawała się za dobrze) komiks, to
przedruk trzech pierwszych zeszytów z oryginalnego „Invincible Iron Man"
opowiadającego na nowo początki Człowieka z Żelaza, w ramach eventu „Heroes
Reborn”. Bohaterowie wówczas zginęli, a przynajmniej tak się wydawało, bo w
rzeczywistości trafili do kiszonkowego wszechświata, gdzie nie pamiętając nic
ze swego życia, na nowo przeżywali swoje losy. Serie z tego cyklu powierzono
wielu popularnym i cenionym autorom, ale jak to bywa, tym razem nie wyszło im
to zbyt dobrze. Co prawda twórcy kinowych przygód Iron Mana równie wiele
czerpali z klasyki, co tego typu – choć akurat nie tej konkretnej – opowieści,
niemniej im udało się zrobić to lepiej, niż Lobdellowi,
Portacio i Lee.
Właściwie poza tym, że komiks przybliża początki
bohatera, nie ma do zaoferowania wiele dobrego. Jeszcze pierwszy zeszyt czyta się naprawdę dobrze, fajnie splata się tu origin Irona Mana i Hulka, ale potem jakoś się to sypie. Scenariusz Lobdella
i Lee staje manieryczny i naiwny, choć nie powiem, że pozbawiony uroku. Mogło
być pięknie, bo historia wypełniona jest dodatkowymi smaczkami i stanowi
element większej całości – mamy tu bowiem narodziny Hulka, przybycie
Fantastycznej Czwórki i tym podobne atrakcje – ale te naprawdę fajne sceny nie mają często należytego rozwinięcia. Akcja musi pędzić, co chwila ma się coś dziać, a w efekcie tego wszystkiego w ręce czytelników trafia po prostu jeszcze jedna szybko poprowadzona
fabuła superhero, którą czyta się co prawda bez znudzenia, ale potem od razu zapomina.
Niestety to, na co liczyłem najbardziej, czyli
ilustracje Portacio, także jakoś nie zachwycają. Po części zabija je jakość druku i wydania,
ale nie tylko. Portacio jakby nie chciało się rysować, są świetne momenty, ale
są też i o wiele słabsze, z dziwnymi proporcjami etc. Kolor nie zachwyca, a co więcej autor do granic przerysowuje
postacie, nawet ze słabowitych bohaterów robi mięśniaków, na których niemal
pęka ubranie, co aż kłuje w oczy. Mogło być ciekawie, mogło być naprawdę
dobrze, wyszło najczęściej nijako i wręcz parodystycznie, nawet mimo tego, że mamy tu parę nastrojowych momentów.
No ale po komiks sięgnąć można. Beż większym
zachwytów się to odbędzie, ale i rozczarowania strasznego też nie odczujecie.
Ot rozrywka dla fanów.




Komentarze
Prześlij komentarz