czwartek, 6 sierpnia 2020

Coś zabija dzieciaki #1 - James Tynion IV, Werther Dell’Edera

„TO” ZABIJA DZIECIAKI


Dwie serie komiksowe od Non Stop Comics, których nie powstydziłby się sam Stephen King – a dokładniej „Paper Girls” i „Odrodzenie” – dobiegły niedawno końca. Wydawca jednak nie śpi i postanowił zapełnić tę lukę kolejną pozycją, która wpasowuje się w ten schemat. „Coś zabija dzieciaki”, bo o niej mowa, to cykl korzystający ze schematów takich opowieści, jak „To” i to w całkiem udany sposób.


Coś zabija dzieciaki. W sennej amerykańskiej mieścinie zaczynają znikać miejscowe dzieci. Po większości z nich nie zostaje żaden ślad, kilku jednak udaje się wrócić, a opowieści, które ze sobą przynoszą, mogą przerazić niejednego. Opowieści o istotach, które czają się w mroku. Po co owe istoty to robią? I co tu się właściwie dzieje?

W tym miejscu na scenę wkracza ona, Erica Slaughter, dziewczyna, która jako jedyna zdaje się rozumieć z jakim złem mierzy się okolica. I jako jedyna także wydaje się być zdolna stawić mu czoła. Ale za jaką cenę?


Nie jestem fanem scenariuszy Jamesa Tyniona IV. Owszem, jego przygody Batmana czytało mi się całkiem przyjemnie, ale nadal była to zachowawcza seria, poprawna, czysto rzemieślnicza i tworzona po najmniejszej linii oporu, bo na podstawie sprawdzanych już schematów, wątków i postaci. Po „Coś zabija dzieciaki” nie spodziewałem się więc wiele i na pewno nie dostałem żadnej odkrywczej fabuły, ale za to całość okazała się bardzo udana, przyjemna, nastrojowa i warta poznania. Szczególnie, gdy lubicie takie historie, jak wspomniane przeze mnie na wstępie „To” Stephena Kinga, bardzo popularne w ostatnich latach za sprawą całkiem niezłych ekranizacji.


„Bo Coś zabija dzieciaki” to seria, która mocno czerpie z dokonań niezliczonej rzeszy mistrzów horroru, z Kingiem właśnie na czele. Mała mieścina, młodzi bohaterowie, zło czające się w mroku, gdzie dorośli zdają się go nie dostrzegać… Znacie, to prawda? Ale Tynion całkiem sprawnie wykorzystał te motywy, dzięki czemu jego opowieść to nie tylko powtórka z rozrywki, ale też i w pewnym stopniu sentymentalny hołd podobnym opowieściom. Skalkulowany co prawda pod oczekiwania odbiorców, skoro podobne dzieła zdobywają w ostatnich latach dużą popularność, ale jednak udany i wart poznania. Nie przypadkiem zresztą rzecz zgarnęła nominację do nagrody Eisnera, najważniejszego wyróżnienia komiksowej branży.


Czy zostałaby tak wyróżniona gdyby nie udana szata graficzna Werthera Dell’Edera? Pewnie tak, ale ilustracje tego włoskiego artysty znanego choćby z „Loveless” czy wielkiego przeboju z Italii, serii „Dylan Dog”, choć proste, są bardzo nastrojowe i wpadają w oko. A że dobrze współgrają z fabułą, razem tworzą kawał świetnej opowieści dla każdego miłośnika dobrych horrorów. „Coś zabija dzieciaki” może nie starszy – ale pokażcie mi komiks, który jest w stanie przestraszyć czytelnika – za to na pewno dostarcza dobrej, klimatycznej rozrywki w sam raz na wakacje. Bo kiedy, poza końcówką października, jest najlepszy czas na czytanie horrorów, jak nie pora tych dwóch wolnych od szkoły letnich miesięcy?





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza