wtorek, 22 grudnia 2020

Terminator: Mroczne przeznaczenie

KOBIETY GÓRĄ


Kolejny film z kolejnej ulubionej serii, do którego w końcu się zabrałem to „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. Film, po którym nie obiecywałem sobie właściwie nic, ledwie strawiwszy dwie poprzednie porażki z mechanicznym mordercą w roli głównej. I może właśnie dlatego dzieło, do którego rękę po latach nieobecności we franczyzie przyłożył jej twórca, James Cameron, okazało się całkiem przyzwoitą rozrywką, na pewno lepsze od „Salvation” i „Genysis”.


Fabularnie historia jest prosta. Ignorując trzy poprzednie odsłony cyklu, rzecz pokazuje nam wydarzenia, jakie rozegrały się po tym, jak Connorowie powstrzymali Dzień Sądu. Skynet nie powstał, jednak gdzieś tam w zawirowaniach czasowych wciąż istniały Terminatory, wysyłane w przeszłość i jeden z nich jeszcze w latach 90. XX wieku morduje Johna. Sarah popada w rozpacz…

Czasy obecne. W naszej teraźniejszości pojawia się kolejny terminator, polujący na niejaką Dani. Z pomocą przybywa jej kobieta z przyszłości, a je obie ratuje Sarah, która od lat poluje na kolejne roboty, kierowana informacjami od tajemniczej osoby. Kto jednak wysyła nowe maszyny, skoro Skynet nie istnieje? Kto jest tajemniczym informatorem Sarah? I jak poradzą sobie z nowym terminatorem?


Ten film nie ma sensu – nie będę Was nawet próbował przekonywać, że jest inaczej. Weźmy choćby wciąż wysyłanych terminatorów, nawrócenie pewnej postaci itd. Ten film ma wiele zbędnych scen, że wspomnę tylko o podwodnej ucieczce jeepem przed mechanicznym mordercą. Ten film niczym nie zaskakuje, bo wszystko tu jest przewidywalne od pierwszej minuty, a co więcej stanowi kopię tego, co już było w pierwszych dwóch „Terminatorach”. A jednak ogląda się go naprawdę dobrze. Pod warunkiem, oczywiście, że wyłączycie myślenie.


Cameron, który w roku 1991 zrewolucjonizował kino z efektami specjalnymi, serwując nam „Terminatora 2”, najdroższy wówczas obraz w dziejach kina i pierwszy, którego produkcja kosztowała ponad sto milionów dolarów, na lata porzucił swoje dziecko. Powrót do serii dla fanów był więc nie lada wydarzeniem. Nie udał się do końca, ale przynajmniej zmazał trochę niesmak poprzednich dwóch odsłon. „Salvation” było filmem niezłym, ale im bliżej końca, tym bardziej raziło głupotą. „Genysis” okazało się porażką, jeśli chodzi o aktorstwo (beznadziejni aktorzy w rolach głównych aż odrzucali) i sypiącą się fabułą (swoją drogą, jak myślicie czy to John, który przetrwał i walczył z byciem terminatorem, wysłał w przeszłość Arniego by chronił Sarah przed nim samym, czy może zrobił to Arnie, który z naszych czasów dotrwał do przyszłości i wysłał sam siebie – w obu przypadkach ukrycie tożsamości wysyłającego ma sens). Tu osoby wcielające się w bohaterów nie są wybitne, ale przynajmniej nie ma takich wpadek. I jest Sarah Connor, która jak zawsze daje radę. Że o Schwarzeneggerze nie wspomnę (ach scena z jego wywodem na temat zasłonek do pokoju małej dziewczynki).


Oczywiście sensu w tym wiele nie ma. Dopatrywać można by się tego i owego na siłę, ale po co? Ważne, że jest akcja, że są niezłe efekty i że całość nie nudzi. Szkoda, że nie powstanie ciąg dalszy, bo mogłoby być nieźle, z drugiej strony lepiej, żeby ta seria, jak i wiele klasycznych opowieści na siłę kontynuowanych w naszych czasach przestały jednak interesować producentów. Co miały do powiedzenia, powiedziały a ciągnięcie ich na siłę nie ma niestety sensu. Tym bardziej, gdy ignoruje się poprzednie odsłony, choć śmiało można by je wcisnąć w kontinuum. Tak czy inaczej jednak jeśli lubcie „Terminatora”, „Mroczne przeznaczenie” śmiało możecie obejrzeć. Jednych odrzuci, innych ucieszy, ale tak czy inaczej niezobowiązująca rozrywka gwarantowana. Zresztą zabawa jest tu lepsza, niż w kiczowatych hitach pokroju „Szybkich i wściekłych”, o co co prawda nie trudno, ale i tak warto docenić. Szczególnie, że jest też sporo sentymentalnych scen przypominających nam o niezapomnianym „T2”, którymi twórcy puszczają do nas oko.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza