Ale są. I są krytykowani. I tą krytykę w pewnym
sensie rozumiem, bo to inny film, niż poprzednie dwie części, to już nie ten
sam Smith i wiele rzeczy takich samych nie jest. Ale nie zmienia to faktu, że „Sprzedawcy
3” to dobry film. Bardzo dobry. Nie dla wszystkich, raczej dla dość wąskiego
grona odbiorców zresztą, ale tak to czasem bywa. Ja bawiłem się znakomicie, pośmiałem,
pozastanawiałem, wzruszyłem nawet. I jeszcze raz przeżyłem niektóre
niezapomniane sceny, rzucone mi w twarz może w nowej jakości, ale ze starą mocą
– i z nowym wydźwiękiem, jaki właściwie odbiorą chyba tylko Ci, którzy starzeją
się wraz ze Smithem od paru dekad.
Stali w sklepiku i nienawidzili tego. Potem
pracowali w sieciowym fastfoodzie i przekonali się, że jednak kochają swój
sklepik. Wrócili więc do niego, już na resztę swojego życia. I tu właśnie są.
A wszystko może się szybko skończyć. Kiedy Randal dostaje
zawału, nadchodzi czas rewizji swojego życia. Życia, które zmarnował na
oglądanie filmów. Teraz więc to on postanawia nakręcić film. O sklepiku. O pracy
w nim. O sobie i Dantem. Ale głównie o sobie, bo przecież reszta jest bez
znaczenia. A Dante cierpi. Stracił ukochaną, nie pogodził się z tym, a choć
życie kumpla to i jego życie, znów znalazł się w roli statysty. Aż w końcu znów
coś zaczyna w nim pękać i…
Jakiś czas temu Smith miał zawał. Najpoważniejszy typ zawału, który mógł go zabić. To go zmieniło, a co istotne, wziął się za projekty odkładane od lat. Miało być tego sporo, choćby druga część „Szczurów z supermarketu”, póki co powstały druga część „Jaya i cichego Boba” i trzecia „Sprzedawców”. I dobrze, że powstały, bo są udane. A „Clerks 3” w szczególności. Smith buduje ten film na wszystkich tych elementach, które kupiły nas przed laty: bezczelny humor, życiowe problemy, wulgarne rozmowy o seksie i „Gwiezdnych wojnach” i osobiste sprawy. Bo tak, jak w pierwszych „Sprzedawcach” opowiadał o pracy w sklepie, w którym sam pracował i wkraczaniu w dorosłe życie, z jakim sam się zmagał, tak tu opowiada nam o kręceniu filmu o sprzedawcach, o wkraczaniu w późny wiek średni i zmaganiu z własną śmiertelnością.
I dobrze to robi. Jest inaczej, niż wcześniej, ale nadal jest zabawnie, jest refleksyjnie, jest nostalgicznie i bardziej emocjonalny to film. Miał wzruszać i wzrusza, z tej przygody nie wszyscy wychodzą z życiem, a przede wszystkim gra na naszych sentymentach. Bo bohaterowie po prostu kręcą pierwszych „Sprzedawców” (i trochę dwójki też) i każdy, kto zna kulisy, widzi to wyraźnie. Ten sam budżet, te same kłopoty z tym samym aktorem mającym problem stanąć przed kamerą, gdy są ludzie wokoło, te same sceny, odtwarzane na naszych oczach… I właśnie tymi wszystkimi detalami film chyba najmocniej stoi: wszystkimi tymi nawiązaniami do poprzednich części filmowej sagi o bohaterach z New Jersey, gdzie wspomina się i żaglówkę ze „Szczurów z supermarketu”, i aktorskie ćwiczenia Afflecka z „Jay i cichy Bob Kontratakują”, i nawet wraca się do bohaterów, którzy w „Clerks” z 1994 byli jedynie niepozornym tłem.
Dobre kino. I dobrze pożegnanie z bohaterami. Nie każdego kupi – poprzednie też nie
kupowały wszystkich – nie każdemu miłośnikowi Smitha trafi do gustu, ale wielu
trafi. Wielu poruszy. Wielu urzeknie. To nie to buntownicze kino sprzed lat,
bunt umarł, zostało pogodzenie się z losem i czekanie, bo życia mało już przed
nimi. A jednak wciąż się nie dają, wciąż walczą i starzeją się na naszych
oczach, ale starają się pozostać sobą. No może poza Eliasem, który przeszedł
wielką metamorfozę i… A sami zobaczycie, a patrzenie na jego kolejne stroje i
fryzury to też część przyjemności płynącej z filmu. I tylko szkoda, że tym
razem obyło się bez jakiegoś kawałka Soul Asylum.
I'm from
New Jersey
I don't
expect too much
If the world ended today
I would
adjust
- John Gorka

Komentarze
Prześlij komentarz