Batman/Spawn - Todd McFarlane, Greg Capullo

RUNDA CZWARTA

 

Od debiutu Spawna minęło już 30 lat. Kawał czasu, tym bardziej w świecie komiksu, w którym niewiele jest serii spoza DC i Marvela, które ukazywałyby się tak długo. A serii superhero/antihero jest w nich jeszcze mniej. A „Spawn” się ukazuje i, jak pokazał ostatnio takimi tytułami, jak „King Spawn” (niemal pół miliona egzemplarzy), „The Scorched” czy „Gunslinger Spawn”, nadal bije rekordy sprzedaży. Wynik tym bardziej imponujący, że w odróżnieniu od konkurencji nie ma tej postaci na kinowych ekranach, nie ma własnych seriali ani gier, które byłyby modne - dekady już od nich minęły. Roztrząsać o przyczynach można by długo, nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że tak niezwykła postać musiała doczekać się jakiegoś uczczenia tego swojego jubileuszu. I dostała w formie jakże szeroko promowanej jednozeszytowej opowieści „Batman/Spawn”. Nie pierwsze to spotkanie oby mrocznych herosów, pewnie też i nie ostatnie, ale z dotychczas wydanych bodajże najlepsze. I w końcu naprawdę warte poznania.

 

Spawn i Batman. Dwaj herosi o tragicznym pochodzeniu. Dwaj mroczni bohaterowie,. Obrońcy swoich miast. Łączy ich coś jeszcze. Obaj narodzili się tej samej nocy. Obaj powstali z machinacji sił dobrze nam już znanych. A teraz te siły znów mącą w ich życiach, stawiając Spawna przeciwko Batmanowi, wmawiając mu, że ten jest demonem więżącym duszę jego ukochanej żony. Zaczyna się starcie. I pojawiają się pytania, o co tu właściwie chodzi…

 

Spawn i Batman w komiksach spotkali się po raz pierwszy w 1994. I było to spore wydarzenie. Bo przecież scenariusz napisał sam Frank Miller, już wtedy legenda komiksu i rewolucjonista tego medium (nad „Spawnem” też już zresztą wtedy pracował, początki tej serii to taki czas, że Todd do współpracy zapraszał różnych scenarzystów, jak Grant Morrison, Alan Moore czy Neil Gaiman). McFarlane zaserwował wtedy szatę graficzną, a to był okres, kiedy jego ilustracje wszyscy wprost kochali. I… I słabizna to była, fabularne dno, miłe dla oka, ale ani to „Spawn”, ani „Batman”. Nuda. Wydana jeszcze w tym samym roku część druga „Batman/Spawn: War Devil” stworzona przez czwórkę autorów zajmujących się na co dzień Gackiem (Doug Moench, Chuck Dixon, Alan Grant, Klaus Janson) też żadnym cudem nie była. Odcinanie kuponików, gdzie kulało to, za co Piekielnego Pomiota uwielbiałem – klimat. I miało być jeszcze coś: „Spawn/Batman: Inner Demons”, ale została tylko okładka. A dalsze spotkania obu herosów zarzucono, podobne crossovery też. A teraz temat wrócił…

 


… i wrócił w dobrym stylu. Fabuła dość pretekstowa, ale całkiem sprawnie zrobiona, nudzić się nie pozwala. Znów dwóch bohaterów, podobieństwa, różnice i przyjemna akcja wchodzi bardzo dobrze. I retconowanie originów postaci też wypada nieźle. Niekanoniczne to, wiadomo, sensu w osadzeniu tego w chronologii też nie widać, ale nie ma to większego znaczenia. Ciągle coś się dzieje, postacie nieźle nakreślone, jak na takie coś, tempo odpowiednie. No taki to komiksowy odpowiednik kinowego blockbustera, przy którym można wyłączyć myślenie, za to jest na czym oko zawiesić. A tu jest i to bardzo, bo do rysowania „Spawna” wrócił Greg Capullo. Gościa uwielbiałem od samego początku i kiedy pierwszy raz pojawił się w serii, z miejsca pobił dokonania McFarlane’a. A że rysował dużo i coraz lepiej (łącznie 72 numery między 16 a 100, zanim opuścił pokład, by wracać do niego przy okazji różnych jubileuszy, a jeszcze przecież zilustrował spin-off „Angela” i miał też wspomniane „Inner Demons”) pozostawał najmocniejszą stroną cyklu. I teraz udowadnia, że nie zapomniał jak to robić i że wciąż jest jednym z najlepszych artystów na komiksowym rynku. Jest więc mrocznie, z cartoonową prostotą, klarownością, ale i bogactwem detali. Jest widowiskowo, jest efektywnie – i efekciarsko też – a przede wszystkim nastrojowo, bo to w końcu horror. Horror akcji, ale jednak.

 


I choćby dla tych rysunków byłoby warto. Ale warto ogólnie, jeśli lubicie obu herosów. Zapomnijcie więc o poprzednich ich spotkaniach, to jest lepsze. To jest w końcu dobre. I da się je czytać niezależnie – i od poprzedników, i od serii – tak już są takie jubileuszowe one-shoty pomyślane. Chcecie kupić? Sprawdźcie w ofercie Atom Comics.



Komentarze