Od debiutu Spawna minęło już 30 lat. Kawał czasu,
tym bardziej w świecie komiksu, w którym niewiele jest serii spoza DC i
Marvela, które ukazywałyby się tak długo. A serii superhero/antihero jest w
nich jeszcze mniej. A „Spawn” się ukazuje i, jak pokazał ostatnio takimi
tytułami, jak „King Spawn” (niemal pół miliona egzemplarzy), „The Scorched” czy
„Gunslinger Spawn”, nadal bije rekordy sprzedaży. Wynik tym bardziej
imponujący, że w odróżnieniu od konkurencji nie ma tej postaci na kinowych
ekranach, nie ma własnych seriali ani gier, które byłyby modne - dekady już od nich minęły. Roztrząsać o
przyczynach można by długo, nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że tak niezwykła
postać musiała doczekać się jakiegoś uczczenia tego swojego jubileuszu. I
dostała w formie jakże szeroko promowanej jednozeszytowej opowieści „Batman/Spawn”. Nie pierwsze to spotkanie oby mrocznych herosów, pewnie też i nie
ostatnie, ale z dotychczas wydanych bodajże najlepsze. I w końcu naprawdę warte
poznania.
Spawn i Batman. Dwaj herosi o tragicznym pochodzeniu.
Dwaj mroczni bohaterowie,. Obrońcy swoich miast. Łączy ich coś jeszcze. Obaj narodzili
się tej samej nocy. Obaj powstali z machinacji sił dobrze nam już znanych. A teraz
te siły znów mącą w ich życiach, stawiając Spawna przeciwko Batmanowi, wmawiając
mu, że ten jest demonem więżącym duszę jego ukochanej żony. Zaczyna się
starcie. I pojawiają się pytania, o co tu właściwie chodzi…
Spawn i Batman w komiksach spotkali się po raz
pierwszy w 1994. I było to spore wydarzenie. Bo przecież scenariusz napisał sam
Frank Miller, już wtedy legenda komiksu i rewolucjonista tego medium (nad
„Spawnem” też już zresztą wtedy pracował, początki tej serii to taki czas, że
Todd do współpracy zapraszał różnych scenarzystów, jak Grant Morrison, Alan
Moore czy Neil Gaiman). McFarlane zaserwował wtedy szatę graficzną, a to był
okres, kiedy jego ilustracje wszyscy wprost kochali. I… I słabizna to była,
fabularne dno, miłe dla oka, ale ani to „Spawn”, ani „Batman”. Nuda. Wydana
jeszcze w tym samym roku część druga „Batman/Spawn: War Devil” stworzona
przez czwórkę autorów zajmujących się na co dzień Gackiem (Doug Moench, Chuck
Dixon, Alan Grant, Klaus Janson) też żadnym cudem nie była. Odcinanie
kuponików, gdzie kulało to, za co Piekielnego Pomiota uwielbiałem – klimat.
I miało być jeszcze coś: „Spawn/Batman: Inner
Demons”, ale została tylko okładka. A dalsze spotkania obu herosów zarzucono, podobne crossovery też. A
teraz temat wrócił…
… i wrócił w dobrym stylu. Fabuła dość pretekstowa,
ale całkiem sprawnie zrobiona, nudzić się nie pozwala. Znów dwóch bohaterów,
podobieństwa, różnice i przyjemna akcja wchodzi bardzo dobrze. I retconowanie
originów postaci też wypada nieźle. Niekanoniczne to, wiadomo, sensu w
osadzeniu tego w chronologii też nie widać, ale nie ma to większego znaczenia. Ciągle
coś się dzieje, postacie nieźle nakreślone, jak na takie coś, tempo
odpowiednie. No taki to komiksowy odpowiednik kinowego blockbustera, przy
którym można wyłączyć myślenie, za to jest na czym oko zawiesić. A tu jest i to
bardzo, bo do rysowania „Spawna” wrócił Greg Capullo. Gościa uwielbiałem od
samego początku i kiedy pierwszy raz pojawił się w serii, z miejsca pobił
dokonania McFarlane’a. A że rysował dużo i coraz lepiej (łącznie 72 numery
między 16 a 100, zanim opuścił pokład, by wracać do niego przy okazji różnych
jubileuszy, a jeszcze przecież zilustrował spin-off „Angela” i miał też wspomniane „Inner
Demons”) pozostawał najmocniejszą stroną cyklu. I teraz udowadnia, że nie
zapomniał jak to robić i że wciąż jest jednym z najlepszych artystów na
komiksowym rynku. Jest więc mrocznie, z cartoonową prostotą, klarownością, ale
i bogactwem detali. Jest widowiskowo, jest efektywnie – i efekciarsko też – a
przede wszystkim nastrojowo, bo to w końcu horror. Horror akcji, ale jednak.
I choćby dla tych rysunków byłoby warto. Ale warto
ogólnie, jeśli lubicie obu herosów. Zapomnijcie więc o poprzednich ich
spotkaniach, to jest lepsze. To jest w końcu dobre. I da się je czytać niezależnie
– i od poprzedników, i od serii – tak już są takie jubileuszowe one-shoty
pomyślane. Chcecie kupić? Sprawdźcie w ofercie Atom Comics.




Komentarze
Prześlij komentarz