Lata 90. XX wieku przyniosły wiele niezapomnianych
i ważnych eventów. Jednym z nich była „Onslaught Saga”, epicka opowieść, której
konsekwencje były znaczące – zniknęła większość bohaterów Marvela, a status quo
wielu został odmieniony. Z tym, że zaginieni bohaterowie żyli, ale w innym
świecie, bez pamięci, a to dało twórcom szansę na snucie zupełnie nowych
historii o ich początkach. Na polski rynek trafiły tylko dwa tego typu komiksy,
słaby „Iron Man” i zdecydowanie bardziej udane „Fantastic Four”, które może i broniło się
głównie rysunkami, ale przynajmniej nie było nudne.
Reed Richards wraz ze swoją ekipą ma wyruszyć w kosmos
zbadać anomalię, której skutki ciężko przewidzieć. Nikt z nich nie ma jednak pojęcia o prawdziwej naturze tego
zjawiska i jakie stanowi ono zagrożenie. Gdy tajemniczy ludzie przejmują projekt i ruszają zniszczyć anomalie, Reed i jego ekipa, w prototypie rakiety, ruszają ich śladem. To, co się wkrótce wydarzy, stanowić
będzie początek jednej z najbardziej niezwykłych ekip superbohaterskich! Ale jakim
kosztem?
Scenarzysta tego albumu, Brandon Choi, kiedy brał się do odświeżenia Pierwszej Rodziny, w Marvelu w zasadzie był nieznany. A jak się potem okazało to właśnie ta licząca dwanaście zeszytów seria „Fantastic Four” (po polsku dostaliśmy jedynie jej początek) stała się jego jedynym dokonaniem dla tego amerykańskiego giganta (no poza crossoverem „Gen¹³/Generation"). Bardziej znany był jednak z pracy dla Image Comics, gdzie współtworzył m.in. „Gen¹³”, „Stormwatch” czy „WildC.A.T.s”. Współtworzył oczywiście z Jimem Lee i razem z nim również zabrał się za „Fantastyczną czwórkę”. I cóż można rzec?
Przede wszystkim chyba, że opowieść ta wypadłaby
lepiej, gdyby powstała brutalniejsza w stylu „WildC.A.T.s” właśnie. Bo rzecz jest jednak bardziej łagodna i stonowana, chociaż rozwałki też tu nie brak. Fabularnie
to po prostu rzetelna robota z tamtych lat, gdzie sporo akcji, sporo tekstu i
całkiem sporo rozmachu łączy się w jedną, niezłą historię. Niezłą, bo
właściwie nic tu nie zaskakuje ani nie zachwyca, chociaż jednocześnie nie zawodzi
i nie nudzi - bo fajnie skupiono się na postaciach, i fajnie też wszystko to podbudowano dodatkowymi wątkami. A przy okazji historia jest bardziej spleciona z ogółem marvelowskiego
uniwersum (dzięki np. występowi Avengers itp.), niż pierwszy origin Fantastycznej Czwórki z lat 60. No i ma bardziej filmowy styl, w sam raz pod dobrą adaptację, na jaką ta seria zasługuje.
Podstawową atrakcją całości są jednak rysunki. Jim Lee nie jest tu może w takiej formie, jak w „X-Men”, a to, jak rysuje kobiety i ich pozy może się wydawać przesadzone i przekoloryzowane, ale co z tego, skoro ogląda się to przyjemnie. Momentami wręcz genialnie. Co prawda można by stonować kolor, bo znaczna część komputerowych fajerwerków po prostu zabija świetne grafiki Lee, tym bardziej, że efekty te giną na słabym papierze polskiej edycji, niemniej i tak jest bardzo przyjemnie.
I właśnie to „przyjemnie” dobrze podsumowuje
całość. Ten jeden z ostatnich „Mega Marveli” to naprawdę rzetelnie zrobiona
opowieść środka i dobry, konkretny origin legendarnej ekipy. Nieskomplikowana, całkiem przyjemna, niewyróżniająca się szczególnie, ale mimo
wszystko warta przeczytania, choć z zepsutym przekładem. Szkoda tylko, że po polsku mieliśmy okazję przeczytać
jedynie fragmenty, tak tej serii, jak i „Heroes Reborn”, jako ogółu.



Komentarze
Prześlij komentarz