Batman / Spawn – Todd McFarlane, Greg Capullo, Frank Miller, Doug Moench, Chuck Dixon, Alan Grant, Klaus Janson
Spawn. Niegdyś w naszym
kraju wielki hit, rzecz, która obrosła kultem zanim została wydana i seria
wydawana lepiej, niż większość komiksów wówczas dostępnych w naszym kraju
(papier kredowy, sztywniejsza okładka, no luksus wtedy). A potem? No popadał
Pomiot Piekieł w zapomnienie i od 2007 roku nikt nie wznawia u nas jego
przygód. A za wielką wodą to wciąż hit, jakieś 345 numerów serii głównej (i
masa serii pobocznych i wydań okazjonalnych), bije rekordy popularności i w
ogóle dobrze się ma. I czasem, gdzieś na uboczu od długich lat wchodzi w
crossovery z Batmanem. Ten ostatni, wydany w zeszłym roku okazał się mocno
osadzony w klimatach i aktualnych wydarzeniach serii. Niby to nie kanon, ale…
Więc Egmont wziął się i wydał właśnie zbiorczo wszystkie te spotkania Gacka i
Pomiota, łącznie trzy w jednym tomie. I fajnie. Bo może fabularnie to straszne
przeciętniactwo, ale graficznie zawsze robi czytelnikowi bardzo dobrze. A i
nazwiska twórców sprawiają, że warto.
Ale teraz trochę o fabule. W tym wydaniu dostajemy opowieści ułożone od najnowszej do najstarszej, ale ja zacznę według chronologii wydawania. Więc w pierwszej opowieści Batman przy okazji kolejnego ze śledztwa odkrywa roboty bojowe, które napędzane są zwłokami bezdomnych. Śledztwo zaprowadza go na ulice Nowego Jorku, gdzie poznaje tutejszego obrońcę sprawiedliwości, demonicznego Spawna. Obaj z miejsca zaczynają pałać do siebie antypatią i chętnie w przerwach między zmaganiem się z wrogiem i ratowaniem świata toczą między sobą bój...
W drugiej historii to, co zaczęło się wieki temu w kolonii Roanoke, a po czym został tylko napis Croatoan na drzewie, zaczyna się znów w Gotham City. Gdy Batman prowadzi śledztwo w dziwnej sprawie, kolejne wspomnienia Spawna powracają, kierując go do Gotham właśnie. A tu już na obu czeka wyzwanie, które może skończyć się tragicznie.
No i wreszcie trzecia
opowieść sięga w przeszłość, ukazując nam nieznane fakty na temat pochodzenia
obu. Spawn i Batman. Dwaj herosi o tragicznym pochodzeniu. Dwaj mroczni
bohaterowie. Obrońcy swoich miast. Łączy ich coś jeszcze. Obaj narodzili się
tej samej nocy. Obaj powstali z machinacji sił dobrze nam już znanych. A teraz
te siły znów mącą w ich życiach, stawiając Spawna przeciwko Batmanowi,
wmawiając mu, że ten jest demonem więżącym duszę jego ukochanej żony. Zaczyna
się starcie. I pojawiają się pytania, o co tu właściwie chodzi…
Dwaj mroczni bohaterowie,
trzy opowieści. Tych opowieści byłoby więcej, ale jedna z nich niestety nie
doszła do skutku. Ale bardziej to spawnowe historie, niż batmanowe (mimo takich
elementów, jak Trybunał Sów czy osadzenie pierwszej historii bardziej w klimatach
uniwersum Mrocznego Rycerza Millera, niż czegokolwiek innego) i o tym trzeba
pamiętać. No ale obie serie lubią mrok, zagadki i z mrocznymi siłami się
stykały mniej lub bardziej, więc… No „Spawn” debiutował w 1992 roku i dość
szybko, bo w 1994 roku doczekał się pierwszego crossovera z Batmanem. A właściwie
to dwóch, pierwszy napisany przez Franka Millera, który wcześniej zaserwował
nam jedną słabą historię dla „Spawna”, drugi przez ekipę Doug Moench, Chuck
Dixon, Alan Grant, czyli specjalistów od komiksów o Nietoperzu. No i ten
pierwszy to miał być takim dopełnieniem głównej serii (dziać się, tu wersje są
dwie, bo albo zamiast słabych zeszytów 19-20, gdzie Spawn zalicza swoją ranę na
twarzy, ale jakoś tak kiepski, bo od postrzału, co nie pasuje do jej późniejszego
kształtu, albo tuż po nich), ale czy jest kanoniczny? Kto wie.
Ale nie jest za dobry.
Fabularnie to Miller w kiepskiej formie, wysilonej i nieprzekonującej. Niby na
początku dostajemy jakieś przebłyski polotu czy inwencji, ale potem głupota rozwiązań
fabularnych psuje wszystko a akcja jest śmieszna i kiczowata. Kuleją też
postacie. Batman jako furiat i przygłup? Spawn obrońcą moralności? Żeby to
jeszcze zostało podane w formie komedii, ale nie, wszystko mamy tu absolutnie
na poważnie. I to przyprawia czytelnika o zgrzytanie zębami. Tym bardziej, że
„Spawn” zawsze był ponurą, pełną wątpliwości moralnych i filozofowania
przygnębiającą historią, a nie lekkim, tanim akcyjniakiem. A na pewno nie tak
lekkim, ani tanim. Ale za to rysunki McFarlane’a wypadają dobrze, nastrojowo,
przyjemnie. Choć to nie Capullo i nie ma tej magii, którą uwielbiam, robi to
robotę.
Drugi zeszyt to rzecz
lepsza fabularnie, choć też dość pretekstowa. Śledztwo, okultyzm, zbrodnie,
mrok i dwaj herosi. Choć właściwie jeden to antybohater, a drugiemu w sumie
niewiele do niego brakuje. Jest na poważnie, jest klimatycznie, rzecz idzie w
kierunku takich opowieści, jak „Batman vs. Predator”, serio, takie mam
skojarzenia, a szata graficzna, trochę kanciasta, trochę szkicowana, ale bardzo
fajna, z nastrojem i urokiem, jakiego brak współczesnym komiksom.
No i jeszcze mamy tu ten
trzeci zeszyt, zrobiony w zeszłym roku. To trzecie spotkanie to miał być
zupełnie inny komiks, miał ukazać się w 2006 roku i pokazywać jak Batman i
Spawn muszą stawić czoła połączonym siłom swoich największych wrogów – w obu przypadkach
szalonych klownów. Ale nie powstał, choć okładkę i parę grafik w sieci znaleźć
można. Zamiast tego powstała ta historia i… No cóż, fabuła dość pretekstowa,
ale całkiem sprawnie zrobiona, nudzić się nie pozwala. Przynajmniej fanom. Znów
dwóch bohaterów, podobieństwa, różnice i całkiem niezła akcja. I retconowanie
originów postaci też wypada nieźle. Niekanoniczne to, wiadomo, sensu w
osadzeniu tego w chronologii też nie widać (choć wiadomo, odnosi się to do
współczesnego „Spawna” skoro mamy Scorched, czyli taką spawnową ekipę), ale nie
ma to większego znaczenia. Ciągle coś się dzieje, postacie nieźle nakreślone,
jak na takie coś, tempo odpowiednie. No taki to komiksowy odpowiednik kinowego
blockbustera, przy którym można wyłączyć myślenie, za to jest na czym oko
zawiesić. A tu jest i to bardzo, bo do rysowania „Spawna” wrócił Greg Capullo.
Gościa uwielbiałem od samego początku i kiedy pierwszy raz pojawił się w serii,
z miejsca pobił dokonania McFarlane’a. A że rysował dużo i coraz lepiej
(łącznie 72 numery między 16 a 100, zanim opuścił pokład, by wracać do niego
przy okazji różnych jubileuszy, a jeszcze przecież zilustrował spin-off
„Angela”) pozostawał najmocniejszą stroną cyklu. I teraz udowadnia, że nie
zapomniał jak to robić i że wciąż jest jednym z najlepszych artystów na
komiksowym rynku. Jest więc mrocznie, z cartoonową prostotą, klarownością, ale
i bogactwem detali. Jest widowiskowo, jest efektywnie – i efekciarsko też – a
przede wszystkim nastrojowo, bo to w końcu horror. Horror akcji, ale jednak.
No i w sumie to tyle. A jeszcze dodatki (prawie pół tomu szkiców itp., pozwalających docenić geniusz ilustracji Capullo, które w kolorze sporo tracą) i fajne wydanie, ale to wiadomo. Rozpisałem się trochę, ale akurat „Spawna” lubię, brakuje go na polskim rynku, więc i okazja była. Może same historie nic szczególnego, ale i tak fajnie, że doczekaliśmy się wznowienia pierwszego crossovera i premiery dwóch pozostałych. I to jeszcze w takim wydaniu. Ale jednocześnie wątpię, by pociągnęło to za sobą coś więcej. Byśmy np. znów mieli regularnie „Spawna” (a za wielką wodą mają fajne „Compendia” tej serii, takie po 50 numerów na raz) albo chociaż parę solowych projektów, jak te Moore’a, Bendisa czy Gaimana. Ale ważne, że jest taki album i że znów po latach mogliśmy poczytać coś o Piekielnym Pomiocie. Fajnie było mimo wszystko, fajnie to postawić obok „Batman / Sędzia Dredd: Wszystkie spotkania” no i jeszcze fajnie byłoby móc dopełnić to albumem „Batman vs. Predator”, gdyby tak w końcu ktoś wydał u nas zbiorczą edycję. A na razie chętnie jeszcze sobie do tego wszystkiego wrócę. Albo puszczę „The Dark Saga”, album inspirowany „Spawnem” właśnie – ot wspominam, jakby kogoś taka ciekawostka zainteresowała.
Dziękuję wydawnictwu Egmont za
możliwość przeczytania albumu.




Komentarze
Prześlij komentarz