Uwielbiam gry z serii „Batman: Arkham” całym sobą.
No pierwsze dwie to w ogóle perełki były, trójka się posypała, bo zbyt szybko
wypuszczono niedopracowany produkt, a łatanie go żeby naprawdę do czegoś się
nadawał, trochę zajęło. No i był jeszcze dodatek w postaci „Origins”, też
niedopracowany – ileż to razy wpadłem do blue hell (dla
niewtajemniczonych, wejście poza teksturę, gdzie grać się po prostu nie da) nie
będę liczył. Ale za każdym razem i tak super się bawiłem, klimat miały niesamowity
i ogólnie zabawa dobra i chętnie oko przymykał na niedociągnięcia, których nie
brakowało. A teraz? No wiele złego słyszałem o „Gotham Knights” – o bylejakości,
o nudzie, o zepsutej optymalizacji – i co mogę powiedzieć? Gra swoje wady ma,
parę rozwiązań można było wprowadzić o wiele lepiej, ale może mam fart, że nie
grałem w to na premierę, a teraz, po jakiś ośmiu patchach, jeśli dobrze
policzyłem, bo bawiłem się całkiem dobrze. No i co tu dużo mówić, dobrze było
do Gotham wrócić, nawet jeśli teraz nie ma już w nim Batmana.
Stało się – Batman nie żyje. Nie żyje też Gordon.
Wszystko się posypało, a Gotham stało się jeszcze bardziej niebezpiecznym
miejscem, niż dotychczas, choć i dotąd lekko nie było. A pomocnicy Batmana? Są,
ale każdy z nich poszedł własną drogą, a teraz będą musieli znów połączyć siły,
by stawić zagrożeniu, jakie nadciąga…
No to jest tak – tym razem, w odróżnieniu od
poprzednich batmanowych gier, mamy możliwość wyboru, kim chcemy grać. Okej, tam
sobie mogliśmy trochę Batkiem, a trochę Catwoman chociażby, ale teraz mamy
wybór między Batgirl, Robinem, Nightwingiem i Red Hoodem. I okej, rozpisuje się
o serii „Arkham”, a tymczasem „Gotham Knights” to przecież nie jej część, ale
kiedy się w to gra, kiedy się na to wszystko patrzy, innego skojarzenia, jak z
tamtymi produkcjami po prostu chyba się nie ma. Przynajmniej ja nie mam. Dla
mnie to jak powrót do tych niezapomnianych produkcji i jakby ciąg dalszy,
dziejący się gdzieś tam, po latach albo obok, w alternatywnej rzeczywistości,
bo jednak sporo rzeczy się tu różni. No ale masa pozostała doskonale nam znana
i to wypada najlepiej.
Wracając jednak do tych postaci i ich wyboru, to
fajnie, że każda ma zróżnicowany styl walki i działania, ale drzewko umiejętności
to niestety porażka. Za dużo opcji, z których nic właściwie nie wynika, za mało
konkretów. Trudno tego nie krytykować, przypomina to podobne przesadzone
konstrukcje rozwoju postaci z niektórych RPG-ów. No ale sama walka też
zmieniona została na gorsze. Pamiętacie, jak to w „Arkham” było? Intuicyjne,
widowiskowe starcia, proste w prowadzeniu, fajne combosy – podobne rozwiązania
jak w „Wiedźminie 3” chociażby. A teraz? No specyficzne to jest, ciekawą opcją
jest dodanie swoistego ważenia ciosów, ale… No właśnie, bo to zamiast ułatwić
czy urozmaicić rozgrywkę, utrudnia czasem i to mocno. Tak samo, jak robienie
combosów. Przywyka się do tego z czasem, ale nie do końca – może przy użyciu
pada jest lepiej, ale grając przy użyciu klawiatury i myszki, można się napocić.
A same pojedynki nie rekompensują tego wszystkiego, bo to po prostu typowe
mordobicia, bez finezji do jakiej w „Batmanach” przywykliśmy. Szkoda. Nie jest
źle, ale to, co wcześniej wyróżniało się in plus, obecnie stało się
sztampową, niepotrzebnie pokomplikowaną nawalanką – a w walkach z bossami to
już pokombinowaną totalnie. Bywa.
Ale cenię, że gra ładnie wygląda. Nie powiem, by
przy takich wymaganiach sprzętowych było idealnie, bo jednak są gry starsze, o
wiele mniej ważące i nie tak wymagające, a jednak jakościowo podobne, ale i tak
klimat i wygląd mi podpasowały bardzo mocno. Bo popatrzyć jest na co, jest po
czym się porozglądać. Fajnie też, że rzecz jest z otwartym światem, więc
wszędzie można pochodzić, popatrzeć, pozaglądać, poszukać i chociaż czasem
przydałoby się tu więcej do roboty, bo niekiedy pustką wieje, mimo dość
klaustrofobicznego klimatu Gotham, przynajmniej można pozwiedzać. I to nie
tylko na piechotę lub przy pomocy liny, bo motorkiem też możemy pomykać sobie
po planszy. Niektóre opcje podróżowania jednak trzeba będzie sobie odblokować i
trochę szkoda, bo czasem są to rzeczy, jak peleryna Batgirl chociażby, które w
starych grach mieliśmy w standardzie. No a żeby odblokować, to i tamto trzeba swoim
postaciom podkręcić. A żeby podkręcić, musimy właściwie wciąż i wciąż zaliczać
kolejne, bardzo podobne do siebie walki, śledztwa etc., co w pewnym momencie
niestety nuży. Wydłuża grę, a ja za szybko kończyć nie lubię, ale jednocześnie
pokazuje, że często na te zadania zabrakło bardziej konkretnego pomysłu. Choć
nie jest też tak, bym chciał przestać w to grać – chwila przerwy i chętnie
wraca się ciągnąć przed siebie ten wózek od nowa.
No i jest jeszcze tryb multi, ale o tym się nie
wypowiem, bo ja w multi grać nie lubię i… No właśnie omijam, bo nie kręci, a
skoro nie kręci i skoro gra ma tryb singleplayer, a multi nie wydaje się nic
zmieniać, omijam. Ale wspominam, bo wspomnieć i zaznaczyć warto, gdyby ktoś
jednak chciał sobie z kimś pograć.
Za to jako fan komiksu nie mogę nie wspomnieć o
tym, co dla mnie tu ważne, czyli odniesieniach. Pierwsze dwie odsłony serii
„Arkham” pisał przede wszystkim Paul Dini, czyli batmanowy wyjadacz chleba. Ten
facet był współtwórcą legendarnego animowanego serialu o Nietoperzu, do tego na
pisaniu komiksów o nim i postaciach pobocznych zjadł zęby, jak to się mówi.
Więc to czuł, potrafił sięgnąć po detale dla fanów, a zarazem zrobić coś dla
nowych odbiorców. Późniejsze gry już tak dobrych fabuł nie miały, chociaż
„Origins” współtworzył też znany z komiksów i filmów DC Geoff Johns. W „Gotham
Knights” mamy ekipę już stricte grową, co nie zmienia faktu, że po komiksy
sięgnęli – a właściwie sięgnęły, bo to kobiety odpowiadają za scenariusz. I
może czasem to chaotyczne, czasem na szybko posklejane i pospieszne (jak wątki
z tymi złymi), niemniej fajnie, że rzecz odnosi się nie tylko do wydawanej w
latach 2000-2006 serii o takim samym, jak gra tytule, ale i do ważnych
komiksowych wątków, jak chociażby legendarny już „Trybunał sów”.
Summa summarum, nie da się tak jednoznacznie ocenić
tej gry. Bo z jednej strony potencjał był duży, a nie wykorzystano go
najlepiej, przez co fani poprzednich gier o Batku, którzy jednocześnie fanami
komiksów nie są, poczuć mogą się zwiedzeni. To jednak nie ta jakość, nie taka
grywalność, nie ma tej miodności i ogólnie czasami czegoś tu brakuje. Ale fani
Gacka, którzy uwielbiają go – i jego rodzinkę – i znają ich wszystkich, znajdą
tu dla siebie o wiele więcej. Więc tak, dla fanów to dobra gra, dla reszty
raczej przeciętna, choć to kwestia gustu i jednych zachwyci, innych odrzuci.
Tak czy inaczej jednak, jako fan komiksów i postaci, uważam, że warto. Prosta
fabularnie, acz całkiem sympatyczna, nastrojowa i ładnie wyglądająca rozrywka,
która oferuje od kilkunastu do kilkudziesięciu godzin zabawy, zależy jak bardzo
zależy Wam na szukaniu wszystkiego, ale to też lubię w niektórych grach, że
sami możemy decydować czy chcemy przemknąć przez nie na szybko, czy się nimi
delektować. Jeśli nie będziecie mieć zbyt wielkich oczekiwań, rozbudzonych
przez poprzednie części, a po prostu trochę się rozerwać, możecie miło spędzić
czas.
Recenzja opublikowana na portalu sztukater.




Komentarze
Prześlij komentarz