Milligan pisze, a Bisley
rysuje. Czy trzeba lepszej rekomendacji dla komiksu? Świetny scenarzysta,
znakomity rysownik i jeden z najlepszych tytułów w dziejach komiksu. To się
musiało udać. I udało. Niby taki one-shocik (aż żal, że w moje ręce wpadł tylko
ten zeszyt), ale sprawnie, zgrabnie i w ogóle zrobiony. Jest co poczytać,
szybko i konkretnie, ze wszystkimi najważniejszymi dla serii elementami, jest
na co popatrzeć, bo Biz, choć szkicem jakby leci, świetnie to robi. A efekt
finalny jest taki, że liczę, iż Egmont jeszcze „Hellblazera” nam wyda. Ot
choćby właśnie run Milligana, który jest bardzo przyjemny.
Chas ma na wsi domek.
Właściwie to jego żona, ale na jedno wychodzi. I to właśnie tam wprowadza się
na chwilę, ale jednak, John, chcąc przeczekać policyjną obławę na niego. A jak
John, to wiadomo, nic nie pójdzie tak, jak powinno, choć o chatkę miał dbać i w
ogóle. Kiedy więc zanurza się w rytuale magicznym, a co za tym idzie i we
wspomnieniach sprzed kilku lat, gdy w barze spotkał napaloną na siebie kobietę,
coś zaczyna być nie tak i już wkrótce nasz mag będzie musiał zmierzyć się z
kolejnym koszmarem…
Szybko, krótko, na temat
i z klimatem. Taki przerywnik gdzieś w środku runu, wśród ważniejszych wydarzeń,
gdzie mamy wątek Johna i kobiet. Wiadomo, jak to zawsze się kończyło, wiadomo
też, jak w ogóle kończy się wszystko to, za co Constantine się bierze – nawet
jeśli dobrze, to nie bez poważnych konsekwencji. I na tych dwudziestu planszach
Milligan dobrze to pokazuje, jednocześnie odnosząc się do wcześniejszych
wydarzeń (akurat tych, które mamy w trzecim tomie runu Careya po polsku).
Wiadomo, nie jest to wielkie dzieło, ale kawał dobrego komiksu, gdzie
wydarzenia, gdzie akcja, gdzie horror, klimat i nakreślenie postaci dobrze
grają w zwartej konstrukcji.
No a w tym wszystkim
spora zasługa Bisleya. Gość rysuje Constantine’a po raz pierwszy, ale to, co
robi, wychodzi znakomicie. Trochę to w duchu Corbena (chodzi mi o te
specyficzne czasem proporcje postaci), a trochę w duchu Biza, którego z dawnych
dzieł znamy po polsku. Niby to szkic, wszystko ołówkiem robione, ale masa
realizmu i klimatu, świetne uchwycenie wszystkiego i w ogóle ten bisleyowski
look, robią robotę.
No i tylko szkoda, że to
zeszytówka wydana na offsecie, bo gubi się gdzieś głębia tych niby stonowanych,
niby brudnych, ale wyrazistych barw. No ale warto, bardzo fajny komiks dla
każdego, kto Constantine’a lubi. A że jego nie da się nie lubić (okej, lubić
też się nie da, ale to inna sprawa), sami wiecie.




Komentarze
Prześlij komentarz