Venom vs. Carnage – Peter Milligan, Clayton Crain

NARODZINY KOLEJNEGO SYMBIONTA

 

Peter Milligan pisze i… I czy trzeba większej zachęty, by po coś sięgnąć? Dla mnie nie, bo gościa uwielbiam. A tu jeszcze temat spidermanowych symbiontów, a ja do symbiontów słabość mam od dziecka. No to po prostu musiałem dołączyć ten album do kolekcji. I naprawdę dobrze jest. Nie jest to przełom, żadna rewolucja, żadne wielkie dzieło, acz też i nie tylko naparzanka w fajnym klimacie. Milligan starał się coś więcej, a poza tym powstała historia wnosząca co nieco do całej tej symbiotycznej historii i potrafiąca wycisnąć coś z tak niewymagającego tematu i coś jeszcze w nim zawrzeć.

 

Symbionty potrafią się rozmnażać i nie potrzebują do tego nikogo, poza samymi sobą. Prawda znana od lat. Tak z Venoma narodził się Carnage, a teraz nadchodzi czas porodu Carnage’a. Plany czerwonego symbionta z tym faktem związane, jak zwykle dalekie są od czegokolwiek dobrego - albo zapobiegnie narodzinom, albo ubije to, co z niego wyjdzie. Venom natomiast zamierza zająć się nowym potomstwem i chociaż symbionty nie mają instynktu rodzicielskiego, dobro gatunkowe jest dla nich ważne, a poza tym ten może być kimś niezwykłym. Co wyniknie z tego wszystkiego? Gdzie w tym szaleństwie miejsce dla Spider-Mana i Black Cat, którzy pojawiają się na scenie? I jaki związek z wszystkimi tymi wydarzeniami będzie miał chcący tylko robić to, co właściwie Pat Mulligan, policjant, który sam czeka na narodziny dziecka?

 

Milligan w naszym kraju jakoś nie miał zbyt wielu okazji się pokazać. Ale, kiedy się pokazywał… No weźmy takiego „Mrocznego Rycerza Mrocznego Miasta”, który od ponad trzydziestu lat niezmiennie pozostaje jednym z najlepszych „Batmanów” wydanych na polskim rynku. Co tam na polskim – jednym z najlepszych w ogóle. Parę innych z serii, wydanych w Polsce w 1993 roku też nie zawiodło. Albo „X-Statix”, których losy dostaliśmy po długich latach – rewelacja, odbrązawiająca herosów i stanowiąca satyrę na celebrytów. Mało? To zrobił kawał świetnego horroru SF w „Aliens: Zbawienie / Ofiarowanie”. Czy udane „Punisher: Szczęśliwe zakończenie” z jednego z tomów „Max”. Swoje trzy grosze dołożył też do „Szoków przyszłości”, a ostatnio też i z autorskim tytułem pojawił się nad Wisłą.

 


No ale dość o scenarzyście. Że pisać potrafi, to już wiadomo. Ale też ma w swoim dorobku dzieła dość typowe, stricte rozrywkowe no i z takim w pewnym stopniu mamy właśnie do czynienia tym razem. Nie jest to jednak tylko pędząca na złamanie karku akcja, chociaż tej też nie brak, ale i fajne pochylenie się nad tematem relacji symbiontów i międzyludzkich. Dzieje się tu dużo i szybko, bez zbędnego gadania, ale za to ze swoista nonszalancją, czasem i humorem (sceny z gadką o implodującej macicy chociażby). Klimat też jest, bo przecież musi być tu sporo mroku, śmierci – nawet jeśli najczęściej śmierć to pozorna – i odrobiny horrorowych elementów, a także coś ponad to (i to nie tylko kilka nieścisłości chronologicznych jak ta, że Black Cat nie rozpoznaje Venoma, choć dobrze powinna go znać), bo nie da się nie odbierać tego komiksu także jako głosu autora w sprawie aborcji - i to bynajmniej nie popierającego ją.

 


No i zarazem dobrze i szkoda, że za grafikę odpowiada Clayton Crain. Dobrze, bo gościa lubię, klimat umie budować, fajnie czasem wychodzi mu to wszystko. Źle, bo lubię go, ale z czasów, zanim zaczął bawić się komputerem i programami, w efekcie czego jego prace wypadają dość osobliwie – rozświetlone, przesadnie komputerowo generowane, często sprawiają wrażenie grafik z jakiejś gry, a nie roboty komiksiarza. A że jeszcze ma dziwne podejście do proporcji i ciał – kobiecych  w szczególności – ginie w tym cały realizm. Ma niezłe momenty, ale komputer zabija tu duszę sztuki rysowania, a szkoda.

 

Tak czy inaczej, warto. Okej, rzecz to dla miłośników Spidera i Venoma (Carnage’a też), ale zrobiona w dobrym stylu. Wystarczy przymknąć oko na ilustracje i zabawa jest naprawdę przyjemna. A na koniec jeszcze mała refleksja - konia z rzędem temu, kto powie mi, jak ta miniseria się właściwie nazywa: na grzbiecie tomu (i w sieci) mamy Venom vs. Carnage, a w samym komiksie kolejno: Venom CarnageVenom and Carnage i Venom / Carnage. Ot zagwozdka.

Komentarze