Legendy X-Men: Jim Lee – Chris Claremont, John Byrne, Scott Lobdell, Howard Mackie, Jim Lee, Ron Wagner
Zeszły rok był naprawdę dobrym rokiem dla fanów X-Men.
A na sam jego koniec dostaliśmy jeszcze doskonały prezent gwiazdkowy – zbiorcze
wydanie serii rysowanej przez legendarnego Jima Lee. I chociaż dla mnie
najlepszym mutanckim komiksem 2023 było X-Statix, to, co dostajemy w tym
tomie to chyba drugie najlepsze z serii, co nas spotkało w ostatnich dwunastu
miesiącach. Coś dla sentymentalnych dziadersów wychowanych na komiksach
TM-Semic, ale i dla fanów X-Men tak po prostu, bo to, co dostajemy w tym tomie,
to rzeczy z najlepszych lat serii i samo gęste.
X-Men
ewoluują po raz kolejny! Nic dziwnego – w końcu muszą być w pełnej gotowości
bojowej, gdy Magneto i jego Akolici odkrywają sekret, którego następstwa mogą
wywołać wojnę z całą Ziemią. Omega Red uprowadza Wolverine'a i wydobywa na
powierzchnię utracone wspomnienia. Podróżujący w czasie Bishop dołącza do
drużyny, zwiastując kłopoty dla Gambita. Pasożytniczy Miot asymiluje Ghost
Ridera podczas waśni między nowoorleańskimi gildiami złodziei i zabójców, a w
finale nasi bohaterowie muszą zakończyć morderczą produkcję telewizyjną Mojo!
Album
LEGENDY X-MEN: JIM LEE zawiera wszystkie zeszyty z ilustracjami popularnego
twórcy, które ukazały się w ramach drugiego w dziejach tytułu spod szyldu
X-Men. Rysunki Jima Lee, ekspresywne i bogate w szczegóły, były niewątpliwie
powiewem świeżości w branży komiksowej przełomu lat osiemdziesiątych i
dziewięćdziesiątych oraz gwarantem bicia rekordów sprzedaży. Co więcej, Lee i
jego niepowtarzalny styl nadal wywierają ogromny wpływ na współczesnych twórców
historii obrazkowych. To prawdziwy „musisz-mieć”.
Album
zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach X-Men Vol. 2 #1–11 oraz
Ghost Rider Vol. 3 #26–27.
To było tak. W 1970 roku komiksy o przygodach X-Men
sprzedawały się tak słabo, że nie zdołano ich uratować. Seria została, ale przedrukowywała
już tylko stare numery, w nowe historie nikt nie inwestował, a choć mutanci pojawiali
się w innych tytułach Marvela, dopiero w 1975 roku pojawienie się Chrisa Claremonta
zmieniło wszystko. Nie dość, że dał on tytułowi drugie życie – drugą genezę –
to jeszcze szybko zmienił w hit, stworzył parę wiekopomnych dzieł i doprowadził
do sytuacji, gdy na rynku zaczęły pojawiać się nowe tytuły z mutantami. I można
by o tym długo opowiadać, ale on serię tą (i jej poboczne) traktował jak swoje
dziecko i nie chciał wypuścić z rąk. A popularność rosła, szczególnie, że cykl
miał szczęście do świetnych artystów, a Jim Lee, który do ekipy dołączył w 1989
roku, tak kupił czytelników, że oszaleli na jego punkcie. A ten szał doprowadził
do powstania kolejnego tytułu, tym razem nazwanego po prostu X-Men, w
którym Lee i Claremont mieli zaszaleć i…
No i zaszaleli. Ale na krótko. Tak czy inaczej tytuł
ten stał się hitem, którego pierwszy zeszyt sprzedał się w nakładzie 8.1 miliona
egzemplarzy (po części wynik ten zawdzięcza kolekcjonerskim kartom i wariantom
okładek, jakie dopełniały publikacji, ale jednak), ale tak się złożyło, że Chris
opuścił ekipę po trzech numerach, a Lee porzucił ją po jedenastu, na rzecz
większej swobody twórczej w Image Comics. Ale to, co po sobie pozostawili, do
dziś jest świetne. Pierwsze komiksy Lee z mutantami rysowane do Uncanny
X-Men wydał kiedyś Egmont w świetnym tomie zbiorczym, teraz Mucha wydaje te
z serii X-Men, wsparte na dodatek dwoma zeszytami Ghost Ridera
(czym dopełnia nieco tom Ghost Rider: Danny Ketch, który wydała jakiś
czas temu, bo ich akcja dzieje się krótko po jego zakończeniu). I fajnie, bo to
świetna rzecz, sentymentalna dla takich jak ja, ale i po prostu kwintesencja
przygód mutantów z ich najlepszego okresu. Jest poważnie, patetycznie, z masą
tekstów i równie wielką masa treści. Pełno bohaterów na stronach, pełno
dopowiadania i rozwijania (Claremont dopełnia tu wizerunku Magneto i pokazuje
czemu tak nielogicznie się często zachowywał, chcąc znaleźć spójność w tym, co
dotąd było niespójne). Przede wszystkim jednak jest to opowieść pełna epickich
scen, widowiskowa i wciągająca. Bardziej historia akcji, niż rzecz o tolerancji,
ale jednak niezapominająca o tej drugiej stronie.
Poza tym pojawia się tu Omega Red, jego debiut
tutaj mamy, a tego gostka to ja zawsze uwielbiałem. I parę innych atrakcji, bo
przecież scenarzyści tu to też śmietanka, skoro poza Claremontem udziela się tu
chociażby John Byrne. Ale i tak największą z nich są ilustracje. Lee to mistrz –
tyle w temacie. Dynamiczne sekwencje walk, świetny klimat, mnóstwo detali,
realizm, doskonałe uchwycenie urody i seksowności kobiecych bohaterek (tego
oczekiwali przecież nastoletni czytelnicy, przesadnie, czasem wulgarnie, ale z
prawdziwą magią), a zarazem równie doskonale oddana brutalność i siła… Ogląda
się to wprost rewelacyjnie, także jeśli chodzi o kolor – barwny, ale
jednocześnie dość prosty, co dodaje całości klimatu. A wspomagający go Wagner również
nie zawodzi i…
No i co tu dużo mówić, rzecz, którą trzeba mieć na półce. To, co tu mamy, w większości znamy już z TM-Semic, ale dopiero w tym wydaniu wygląda tak, jak powinno i zyskuje mocy (choć gdyby tak dorzucić obwolutę ze słynnymi czterema połączonymi okładkami, byłby sztos…). Nie mówię, że wydanie jest idealne, bo
wśród tłumaczy mamy Szczęśniaka, Jankowskiego i Tońskiego, o których za wiele
dobrego powiedzieć się nie da, ale w tym tomie nie są jakoś źli. Dobrze jednak
i tak, że oni odpowiadają jedynie za trzy z trzynastu zebranych tu zeszytów
(czyli przedruk tego, co znalazło się w carrefourowej kolekcji, którą
tłumaczyli), a resztę robi Arek Wróblewski (z dawnego TM-Semic), który radę już
daje o wiele lepiej w temacie. Reszta to już zatem samo dobre, samo gęste i co najlepsze.
Aż się łezka sentymentu w oku kreci. I tylko mam nadzieję, że Mucha zechce
wydać w temacie coś więcej. Nie, że z Jimem Lee, bo już za bardzo nie ma co (choć
podobno ma wrócić do mutantów), ale przecież serię wkrótce przejął po nim m.in.
Andy Kubert, który pokazał, że rysować potrafi jeszcze lepiej, niż Lee (Lee
zresztą nie był pierwszym operującym takim stylem, bo mocno czerpał z prac poprzedzającego
go w mutanckich opowieściach Silvestriego), a przy okazji we własny, bardziej
nastrojowy sposób. Byłoby więc co pokazać, byłoby na co popatrzeć. Ale na razie
cieszmy się tym, co mamy, bo jest czym.





Komentarze
Prześlij komentarz