Nieśmiertelny Hulk to w sumie na polskim rynku przełom. No bo tak, przez lata mieliśmy tu tylko pojedyncze albumy z przygodami zielonego olbrzyma,
choć ten jako taki nad Wisłą pojawił się dość wcześnie, bo w roku 1995. Jak na postać u nas niezbyt wtedy znaną, dostanie własnego solowego albumu i to takiego na poziomie to było coś. Nigdy jednak
nie mogliśmy cieszyć się regularną serią o jego przygodach. Aż do niedawna, kiedy Egmont zaczął wydawać ten tytuł. Ale to
nie jedyny powód do zadowolenia, bo Nieśmiertelny Hulk to zdecydowanie
jeden z najciekawszych projektów z tą postacią w historii i jedna z najlepszych serii wydanych w linii Marvel Fresh, czyli rzecz absolutnie
warta poznania nawet jeśli za bohaterem nie przepadacie.
Wszyscy myśleli, że Hulk - i Banner - tym razem zginęli. Na dobre. Ale obaj umierali już wiele razy i wiele razy wracali do życia, a przynajmniej Bruce umierał, bo jego da się zabić, ale Sałata aż tak śmiertelny nie jest, więc powracał raz po raz. I obaj wracają teraz.
No i się zaczyna. O tym powrocie niewielu jeszcze wie, jeszcze mniej w to wierzy, ale Hulk wrócił i robi porządki, bo tu bandyta zabija ludzi na stacji, tam jakiś facet robi eksperymenty z promieniami gamma, to znów dawny znajomy szaleje w kościele. Tropem Hulka podążają nie tylko służby, ale i pewna dziennikarka. A wszystko co się dzieje wydają się łączyć opowieści o tajemniczych zielonych wrotach...
Hulk to legenda, bo z jednej strony to jeden z pierwszych bohaterów
Marvela, a z drugiej okazji postać, przez którą (za sprawą manipulacji Lokiego)
utworzył się zespół Avengers, ale też i pierwsza postać tak mocno inspirowana
grozą – klasykiem Doktor Jekyll i pan Hyde. Przez dekady wydawania różnych serii z jego przygodami przechodził różne transformacje, oscylując gdzieś miedzy człowiekiem i bestią. W
większości z nich zgubił się gdzieś jednak ten horrorowi pierwiastek, który
istniał na początku, rozwodniony, pomieszany, czasem zapomniany, a teraz powraca z siłą, jakiej chyba jeszcze seria ta nie
widziała.
Jak zapewne już doskonale wiecie, nie jestem fanem
Hulka, choć doceniam jego tragiczny potencjał (rzadko jednak przez twórców
wykorzystywany – najlepiej wyszło to Azzarello w genialnym Bannerze –
mógłby doczekać się wznowienia – i Jenkinsowi w Psach wojny). Fanem Ewinga też jakoś nie jestem, bo gość dużo pseudofilozofuje, ale prawdziwej głębi próżno w jego dziełach szukać. Więc na
początku tej opowieści na kolana nie padłem. Ale im bardziej historia zaczęła
się rozkręcać, tym bardziej do mnie trafiała i musze powiedzieć, że ostatecznie
dostałem świetny komiks, gdzie groza i superhero składają się w coś naprawdę
udanego, a fajne pytania, tajemnice i wmieszanie w to psychologii, filozofii i religii całkiem nieźle tu wypada. A i fajnie potrafi tu zabawić się różnymi schematami, nawet style pisania rodem z lat 60.
Ale skoro to superhero to jest tu akcja, dobre tempo, nieco popisów, a co
najważniejsze, klimat. Jak wspominałem, Hulk zaczynał jako horror i do
horroru wraca. To, co jednak w latach 60. XX wieku było jedynie gdzieś w tle,
tu wysuwa się na pierwszy plan. Przez to w opowieści o Zielonym Gigancie
zaczynają gościć klimaty rodem z filmów o zombie i horrorów z lat 80., plus pewna apokaliptyczna nutam a to
mnie kupuje. Do tego mamy udane – w większości tomu, bo są i prace nieco
słabsze niestety – rysunki. Rysunki dość realistyczne, ale lekkie, dobrze
oddające miejskie plenery i uzupełnione o pasujący kolor są miłe dla oka.
W skrócie, warto. Jeśli lubicie Hulka, musicie
poznać ten album. Jeśli nie, a cenicie dobre superhero z nieoczywistym zejściem
na ścieżkę horroru, też się nie zawiedziecie. Po prostu kawał udanego komiksu, dojrzalszego niż większość dzieł i konkretnie wykonanego.




Komentarze
Prześlij komentarz