OSTATECZNE
STARCIE NADAL NADCIĄGA
„Bastiony mroku” to już trzynasty – z czternastu –
tom „Koła czasu”. A raczej „trzynasty”, bo tomy dwanaście-czternaście trzeba
właściwie traktować jako jedną powieść rozbitą na trzy części. No i to jest
finał już w zasadzie, sam koniec, wielkie wprowadzenie do wielkiego zwieńczenia
cyklu, który gigantycznie się rozrósł. A rozrósł tak, że Jordan nie zdołał
osobiście dokończyć historii, zanim choroba nie zabrała go z tego świata. Rolę
domknięcia cyklu powierzono Sandersonowi, którego fanem nie byłem, nie jest i
nie będę, ale który tu akurat pokazał, że jako fan ciągnący dalej to, co
zostawił jego idol sprawdza się lepiej, niż solowy pisarz. I dlatego „Bastiony
mroku” są nie tylko godną kontynuacją, ale i po prostu dobrą książką gatunku
fantasy.
Jak poprzednio, i poprzednio i jeszcze wcześniej:
Ostatnia Bitwa nadal nadciąga, a przygotowania do niej trwają. Rand wydaje się
coraz bardziej gotowy do roli, jaką mu przeznaczono, ale widomo, że jest tylko
jednym z pionków na tej szachownicy. Zanim jednak dojdzie do ostatecznego
starcia i wszystkie elementy wskoczą na swoje miejsce, na bohaterów czeka sporo
roboty, sojusze i wielka polityka…
Trzy ostatnie tomy „Koła czasu” to taki specyficzny
moment, gdzie czuje się smutek – smutek na wieść o nieuchronnym końcu, ale też
i ten wynikający z faktu, że autor serii nie zdołał dokończyć jej osobiście. W
roku 2005, dwa lata po wydaniu dziesiątego tomu cyklu, „Rozstaje zmierzchu”,
okazało się bowiem, że Jordan zapadł na rzadką (choć w ostatnich latach coraz
częściej wykrywaną) chorobę – amyloidozę serca. W obliczu diagnozy i
nieuchronnego końca, zwieńczenie opowieści stanęło pod znakiem zapytania. Stan
pisarza nie był najlepszy, więc jeszcze zanim tom jedenasty ujrzał światło
dzienne, Jordan właściwie powierzył spisanie ostatniej, dwunastej, odsłony
serii Jamesowi Oliverowi Rigneyowi, Jr. Może cykl trwałby dłużej, może nie,
Jordan jednak pragnął domknąć najważniejsze wątki i doprowadzić to, nad czym
siedział od końca lat 80. XX wieku (pierwszy tom miał swoją premierę w styczniu
1990 roku), do wielkiego finału, na wypadek gdyby najgorsze nadeszło… No i
najgorsze nadeszło zanim ten cel udało się osiągnąć i tu na scenie pojawia się
Brandon Sanderson, wtedy już autor, któremu udało się wybić na rynku fantasy.
Bo to właśnie on został wybrany na następcę Jordana, którego swoją droga był
wielkim fanem, jak już wspominałem na początku. A ten Sanderson, jak wziął się
za kończenie, to z tomu dwunastego wyszły mu trzy, liczące po ponad tysiąc
stron książki.
I fajnie mu to wyszło. Dobrze, w stylu i klimacie
poprzednich części, ale i z nostalgią, pokazującą, że Sanderson lubił „Koło
czasu”, cenił je sobie i wiedział, jak pociągnąć je dalej. A na dodatek zrobił
to tak, by fani serii, jak i jego samego, byli zadowoleni. Efekt? Opierając się
na tym, co zostawił po sobie Jordan, nieco inaczej podchodzi do tematu i trochę
odświeża cykl, co wychodzi mu na dobre. Bolączką niektórych momentów serii
dotąd było zbytnie ich rozciągnięcie, te rozbuchane opisy, epickie rozmiary i
przedobrzenie. O dziwo, choć Sandersom rozciągnął rzecz o wiele bardziej, niż
tego wymagała, bo jednak trzykrotnie ją wydłużając, okazuje się, że nadaje
całości szybszego tempa i większej dawki akcji. Zabawa jest więc naprawdę
dobra, epicka i dziejąca się na wielu polach, z jednoczesnym dobrym wyczuciem
wszystkich tych elementów. Dobre tempo, dobra akcja, widowiskowość, ale i
budowanie klimatu… Może trochę relacje między bohaterami można by lepiej ukazać,
ale tak to już w tym cyklu było, że nie tyle postaciami stał, a rozmachem i
akcją. Dobrze też wszystko podprowadza nas pod to zakończenie, które już
niedługo, dobrze domyka wątki no i zachęca do sięgnięcia po ostatnią odsłonę. Czy
trzeba czegoś więcej?

Komentarze
Prześlij komentarz