Obcy: Romulus


FESTIWAL POWTÓREK

 

„Obcy: Romulus”. Najnowsza odsłona „Aliena” to nie jest ta, na którą czekałem. Wiadomo, chciałem, żeby Scott dokończył swoją prometeuszową trylogię, bo „Prometeusz”, mimo pewnych niedociągnięć etc., był najlepszym, co w serii wydarzyło się od czasu „Ósmego pasażera Nostromo” (wiem, wiem, co się mawia, ale doceniłem i będę doceniać, że twórcy „Prometeusza” chcieli coś więcej, mieli ambicje, zawarli całą masę mitologicznych, religijnych i kulturowych odniesień i stworzyli teren do rozbudowany ksenomorfowej mitologii, który fajnie wykorzystali, dając nam sporo rzeczy do rozkminy – a co do krytyki, cóż, widzom nie podeszło to, że nie dostali tylko i wyłącznie bezmózgiej, efekciarskiej sieczki i zdania w temacie nie zmienię). Dostaliśmy jednak „Romulusa” i… No i z jednej strony zachwyty, z drugiej sporo krytyki. A prawda? Ta, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku, bo film jest fajny, ale żadne to cudo. Doceniam próbę powrotu do korzeni, ale całość za bardzo zbudowana została na zasadzie „kopiuj-wklej”, by okazać się czymś lepszym, choćby od „Przymierza”.

 

Wszystko zaczyna się od odzyskania przez Weyland-Yutani resztek statku Nostromo, a wraz z nim Aliena. Jakieś pół roku później ekipa młodych kolonizatorów, chcąc wyrwać się ze swojego nędznego świata i szukać szczęścia w kosmosie, trafia na opuszczony statek kosmiczny, należący do W-Y. Jak się można domyślić, nie mają najmniejszego pojęcia, jakie zagrożenie tam na nich czeka…

 

Film zaczyna się dobrze. Nawiązanie do pierwszego „Aliena”, fajnie, choć typowo zrobiona podbudowa obyczajowa, jakieś nakreślone tło. Potem leciało to całkiem sympatycznie, bo nawiązania w postaci pewnego androida etc. dobrze robiły produkcji, ale… No właśnie, tu zaczęło się to, co stanowi filmowe przekleństwo naszych czasów: brak świeżości. A właściwie całe to kopiuj-wklej, bo film zbudowany jest na odtwarzaniu czego się da z poprzednich filmów (a nawet gry „Izolacja”), włącznie z najsłabszymi momentami „Obcego: Przebudzenia”, co zresztą stanowi i najsłabszą część tej części, siódmej już, jeśli liczyć tylko to, co główne. Ta końcówka, bo o niej zresztą mowa, to już kicz i sztampa. I znów powtórzenie tego, co było.

 


No i nie inaczej jest z główną bohaterką i to w sumie mój największy zarzut. Bo ile można robić kolejną postać będącą kopią Ellen Ripley? A tu znów mamy taka heroinę, która na heroinę nie wygląda, Rain – całkiem nieźle zagraną przez Cailee Spaeny co prawda (zmazuje to trochę niesmaku z takich kreacji, jak ta Waterston z poprzedniej części), ale jednak stworzoną bez grama inwencji. Przecież możnaby tu zrobić kogoś zupełnie innego, dać jakiś charakter, wykreować fajną żeńską postać, możliwości jest całe mnóstwo, ale nie. Taka konwencja, powiecie? Okej, ale przecież każdy „Predator” też był filmem wpasowującym się w tę samą konwencję, a jednak za każdym razem mieliśmy inną, nieźle skrojoną postać u steru i wszystkie dobrze pasowały. W „Terminatorach”, filmach powielających też wciąż ten sam schemat, również udawało się najczęściej zrobić różnych bohaterów i też to grało. A tu wciąż i wciąż ta kopia Ripley – charakterem, wyglądem, zachowanie… Jak uwielbiam oryginalną kreację, bo Weaver dała tam z siebie wszystko, tak wiecznego jej powielania mam już zwyczajnie dość. Czy naprawdę w tym kosmosie są tylko kobiety zachowujące się jak klony?

 


Wracając jednak do filmu, rzecz ma też sporo plusów. Narzekam, ale całość ogląda się dobrze, bez bólu, bez znudzenia, bez większego zawodu. Rzetelna robota, po prostu zbyt prostacko próbująca grać na sentymentach widzów. Ma fajny klimat, dobrą akcję, coś oldschoolowego (swoją drogą film ma wyjść nawet na VHS). Ma też niezłe aktorstwo, ale i parę scen, które fajnie nawiązują do „Prometeusza” czy „Przymierza”, dając fanom kilka dodatkowych elementów do tworzonej od lat układanki. Plus, że nie ma tu przesadnego efekciarstwa (może budżet rzędu 80 mln nie wystarczył, ale to dobrze, choć deepfake jednej z postaci mógłby być lepszy), że rzecz stara się jak najbardziej zbliżyć do jedynki, że jednak zdjęcia przyzwoite i nastrój, potrafiący przypomnieć mi nieco tamtych emocji, kiedy jako dzieciak zobaczyłem mojego pierwszego „Aliena” (trójeczka to była, jakby kogoś obchodziło). Fakt, że „Romulusa” przyklepali Scott (swoją drogą jeden z jej producentów) i Cameron, czyli twórcy dwóch pierwszych odsłon cyklu, też można je zaliczyć na plus. Nadal jednak mogło być lepiej, bardziej odkrywczo, świeżo… No sporo można by poprawić i zmienić, ale ostatecznie cieszę się, że jednak rzecz powstała, że obejrzałem. Jak na współczesne kino i tak zgrany schemat, całkiem zgrabnie się to udało. I mam nadzieję, że sequel powstanie (autor filmu ma na niego pomysł) i że będzie już mniej wtórny. Mam też nadzieje, że planowany serialowy „Obcy” też nie zawiedzie. I że druga część „Izolacji”, o której mówi się już z konkretami, dorówna jedynce. Ale to pieśń przyszłości, która mam nadzieję, nie będzie, jak krzyk w kosmosie, tylko wybrzmi należycie.

Komentarze