Lata temu ten film długo czekał u mnie na swoją
kolej, ale w końcu się doczekał. Jako wierny fan Kevina Smitha po prostu
musiałem go obejrzeć, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że „Yoga Hosers”
będą kinowym dnem. O dziwo okazało się, że w swej skrajnej głupocie ta druga
część trylogii „True North” jest całkiem sympatycznym filmem, który ogląda się
bez bólu i śmieje co chwila – tak z nawiązań do wcześniejszych obrazów autora,
jak i idiotyzmu jego pomysłów rodem z najtańszej odmiany tandetnych horrorów.
Akcja filmu dzieje się na kanadyjskim zadupiu,
gdzie mieszkają dwie zafascynowane yogą nastolatki - Colleen Collette i Colleen
McKenzie, które po szkole pracują w okolicznym sklepiku spożywczym. Czas spędzają
jak wszystkie dziewczyny w ich wieku, myśląc o nadchodzącej imprezie. Pech chce,
że w dniu przyjęcia muszą zając się sklepem. Nie mają jednak pojęcia, co już
wkrótce je czeka. Nie dość, że odpowiedzialne za imprezę chłopaki nie mają
najlepszych zamiarów, to jeszcze miasteczku a może i światu zagraża skrywana od
czasów wojny nazistowska tajemnica... Czy dwie nastolatki zdołają stawić czoła
temu, co nadciąga?
Kevin Smith się skończył. Zarówno jako scenarzysta,
jak i reżyser. Pierwszym tego symptomem był tragiczny film „Dziewczyna z Jersey”.
Potem twórca nieco się pozbierał, serwując udanych „Sprzedawców 2” i „Zack i
Miri kręcą porno”, ale każde kolejne filmy, nad którymi pracował były w -mniejszym
bądź większym stopniu porażkami. Beznadziejne „Fujary na tropie”, przeciętny „Red
State” będący horrorem, jakich wiele czy w końcu „Kieł”, klimatyczny ale
wypełniony słabymi pomysłami pierwszy rozdział „True North” potwierdziły, że
Smith nie ma już nic do zaoferowania. Owszem, nowy „Jay i Cichy Bob” ratował
trochę jego filmografię, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, jak to mówią. I tak
w chwili obecnej reżyser, którego debiut był najczęściej kradzionym filmem z
wypożyczalni, reżyser który potem nie wiedział nawet na co wydać przeznaczany
mu przez studia budżet na kolejne produkcje, skończył jako twórca podcastów,
któremu nikt nie chce finansować ani dystrybuować kolejnych filmów.
„Yoga Hosers” tego nie zmieniają, ale jak większość filmów Smitha, ogląda się je bez bólu. Najlepsze w całości są żarty i odniesienia. Bohaterki, jak bohaterowie „Sprzedawców” nie tylko męczą się z małym sklepikiem i małomiasteczkową mentalnością, ale przede wszystkim nawet miało ich tu dziś nie być (kto oglądał „Clerks”, wie o czym mówię). Żarty z Kanady też są niezłe. Ale fabuła to zlepek kiepskich pomysłów, które bronią się jedynie dzięki lekkości. Bo (uwaga spoiler), jak tu docenić wątek z nazistowskimi klonami zrobionymi z ludzkiego DNA i… kiełbasek, które po latach zaczynają zabijać? Do tego Smith raczy nas postacią Guya LaPointe’a, dobrze zagranego przez Johnny’ego Deppa, ale beznadziejnie wymyślonego Francuzika, który nie przystaje do reszty produkcji, a jego wędrujące pieprzyki są żenadą.
Tak czy inaczej jednak film ogląda się całkiem
przyjemnie. Miło jest wychwytywać wszystkie odniesienia, miło jest też przypomnieć
sobie, że kiedyś Smith był świetnym twórcą. Szkoda tylko, że tak niewiele z
niego zostało w tym filmie. Nadal jednak, jeśli chodzi o podobną tematykę,
produkcja jest lepsza niż choćby „Iron Sky”.



Komentarze
Prześlij komentarz