X-Statix #2: Powrót zza grobu – Peter Milligan, Michael Allred, Darwyn Cooke, Paul Pope, Philip Bond
Ten kończący się powoli rok jest świetnym rokiem dla przygód marvelowskich mutantów. Z jednej strony regularnie dostajemy to, co w serii dość świeże, pod postacią znakomitego runu Hickmana (wraz z pobocznymi rzeczami), z drugiej nie brakuje klasyki w postaci najistotniejszych eventów z X-Men w roli głównej. Ale to co najważniejsze i najlepsze dzieje się i tak gdzieś z boku tego wszystkiego, czyli w serii X-Statix właśnie. I może dla wielu zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale ta seria to najlepsze, co z mutantami mamy od wielu długich lat – i jedna z najlepszych rzeczy z nimi w ogóle – bijąca na głowę runy Bendisa, Hickmana czy nawet Morrisona i dostarczająca znakomitej, niebanalnej rozrywki z ambicjami. No trzepnęło mnie to, zachwyciło, poraziło, urzekło... Same naj, co tu ukrywać. Trafna, doskonała rzecz, której drugi tom przypominam sobie właśnie, przy okazji premiery trójki, będącej jednocześnie finałem wydania tego tytułu po polsku. Ale po kolei.
X-Statix, jak to X-Statix. Zaczynali jako X-Force, teraz już działają na całego pod własnym szyldem, ale nadal ciąży nad ich głowami widmo śmierci - śmierci, którą poniosła ich koleżanka, śmierci, która czeka na każdego z nich. A tymczasem pojawia się wielkie zagrożenie, które może być jednocześnie ratunkiem dla drużyny, która rozpasa się, a na dodatek wewnętrzne spięcia powodują coraz więcej problemów. Czy starcie z władającym wielkimi mocami nastolatkiem w czymkolwiek im pomoże? Jak zmieni to drużynę? Jak wypadną nowi członkowie, a jak starzy? Kto kogo pokocha, kto zginie, a kto tylko starci zdrowie? Gdy na scenie pojawia się gwiazdka pop, która wraca zza grobu, a na jaw wychodzą sekrety mogące zniszczyć X-Statix na zawsze, czy nasza drużyna zdoła utrzymać zainteresowanie mediów i pozostać na szczycie? A jeśli tak, za jaką cenę...?
Milligan i Allred. Dwóch gości z talentem, dwóch świetnych
artystów, wzięło się i stworzyło serię, która zachwyca. Milligana pamiętacie
pewnie jako twórcę niezapomnianego Mrocznego Rycerza Mrocznego Miasta, poza
tym kilka dni na polskim rynku pojawić ma się jego Shade, a przecież
mieliśmy też Twarz, Aliens: Zbawienie / Ofiarowanie czy Skina,
więc parę okazji do poznania jego twórczości i co potrafi mieliśmy. Co do
Allred, też artysta z wyższej półki, bo może i rysuje, jakby robił kolorową
kreskówkę dla dzieciaków, ale jest w tym jakaś magia, siła, czasem brutalność. No
i zresztą to on pokazał nam, jak potrafi podciągnąć nawet kiepskich twórców – Silver
Surfer, którego współtworzył razem z Danem Slottem, robiąc to wszystko na
zasadzie Marvela, czyli w sumie opierając się na slottowym zarysie, sam stworzył
całość, autentycznie zachwycał.
No i oni obaj zachwycają też w X-Statix. Pierwszy
tom to było wprowadzenie ekipy, jej wykreowanie na łamach innej serii i danie
szansy by rozwinęli skrzydła. I tę szasnę grupa wykorzystała. Teraz dostajemy
więc już solowe ich przygody z własnego tytułu i są niemal równie znakomite, jak dotychczas.
To, co otrzymujemy, to kawał świetnego komiksu akcji, ale konwencja ta służy
autorom przede wszystkim nie za cel, a nośnik metatekstualnej satyry na
superhero i świat. Samoświadoma opowieść duetu (wspieranego przez równie wielkich
artystów pokroju Paula Pope’a czy zmarłego już Darwyna Cooke’a) jest o tyle
zabawna, co poruszająca i frapująca. Akcja wciąga, humoru nie brak, ale
wszystko to jest dramatyczne, jest pełne emocji i tak świetnie skupione na doskonale
nakreślonych postaciach, że czytelnik autentycznie przejmuje się losami
bohaterów i tym, co będzie, co się stanie, co ich spotka. A przecież Milligan udowodnił
nam już, że nie oszczędza nikogo i w punkt umie zagrać na emocjach, nawet jeśli
momentami przegina z ciężarem, jaki spada na wymyślonych przez niego herosów. Nie boi się też podejmowania tematów pokroju rasizmu, który nie jest tak sztampowo i kiczowato ujęty, jak w obecnych komiksach. Więc
te nasze uczucia w pełni są uzasadnione.
Efekt finalny jest zachwycający na każdym kroku. Rzecz jest pomysłowa, ma ambicje, chce coś przekazać i pokazać, wyśmienicie bawi się konwencją i satysfakcjonuje. To nie typowe superhero, gdzie postacie pookładają się po gębach, świat zginie albo nie, a potem i tak wszystko wróci do tego samego punktu. To „superhero” (antihero?), w którym może i walka trwa, może zagrożenie jest duże, ale to tylko pretekst do czegoś ważniejszego, mocniejszego, bardziej poruszającego i ambitniejszego. To jednak już najlepiej odkryć samemu, a odkrywać akurat jest co. Tych bohaterów, których się lubi i nie lubi, wiecznie kłócących się, nienawidzących, pełnych słabości i bardzo krwistych. Tego ich dążenia do sławy i pieniędzy po trupach. Tego świata, w którym nic nie jest czarne ani białe. I tych wątków, które przecież znamy z innych serii, a jednak tu nabierających nowego znaczenia, sensu i życia. I tylko szkoda, że Mucha edytorsko się nie popisała, bo mamy tu źle wydrukowane trzy rozkładówki - w przypadku dwóch jakoś mocno w oczy się to nie rzuca, ale trzecia kłuje, jak cho...roba. Ale i tak warto, jak mało którą serię.




Komentarze
Prześlij komentarz