UMÓWIŁEM
SIĘ Z NIĄ NA…
„The 4:30”, nowy film Kevina Smitha i kolejny,
który nie wygląda, jakby on go robił. Bywa. Tu akurat jest to in plus, bo ta
historia nie wymagała typowego dla niego podejścia – tak, jak i in plus jest
to, że jednak są momenty, gdzie czuć jego rękę, więc nie dostajemy kaszany
pokroju „Dziewczyny z Jersey” czy „Fujar na tropie”. A sam film? No po prostu
sympatyczna, sentymentalna, częściowo autobiograficzna komedia romantyczna
coming-of-age, która pokazuje, że można jeszcze fajnie oddać sporo z klimatu
kina lat 80.
Rok 1986. Młody Brian David zaprasza do kina
dziewczynę, z którą kiedyś był blisko, ale zawalił sprawę. Melody, bo tak się
wybranka serca nazywa, zgadza się. Umawiają się na 4:30, wcześniej chłopak
wybiera się na film z kumplami. Oczywiście z każdą chwilą jego dzień sypie się
coraz bardziej, a wszystko zmierza do jeszcze większej katastrofy…
Smith wraca tu do przeszłości. Do własnej przeszłości, do tego, jak kiedyś planował ramy czasowe swoich filmów („Sprzedawcy” czy „Szczury z supermarketu” to były filmy dziejące się w ciągu kilku, kilkunastu godzin i podobnie rzecz ma się z „4:30”), do młodszych bohaterów wchodzących w dorosłe życie, no i do naturszczyków właściwie też wraca – bo chociaż na dalszym planie mamy tu parę bardziej znanych (i przewijających się przez jego filmy) nazwisk, jak Jason Lee, Justin Long, Jason Biggs, Rosario Dawson czy Jason Mews, główne role powierzył aktorom w zasadzie nieznanym. Co do tej obsady to zresztą taki typowy Smith – do różnych ról zatrudnieni są znajomi i rodzina. Głównego bohatera gra Austin Zajur, prywatnie narzeczony córki Smitha, córka (i żona) Smitha też się tu pojawiają, a i nie brakuje stałych jego współpracowników, czyli można powiedzieć, że w ten czy inny sposób kumpli.
I kumplowski jest to film. romans nad wszystkim się
unosi, ale przez większość czasu to opowieść o trzech kumplach i kilku
godzinach z ich życia. To też opowieść o czasach, o tamtych latach, kiedy Smith
był młody, kochał kino i całe życie było przed nim. W „Sprzedawcach 3”
rozliczał się ze swoją śmiertelnością, tu powrócił do młodości, pokazując że w
zasadzie, chociaż niemal zszedł na zawał i swoje lata ma, tak naprawdę wciąż
pozostał wiecznym dzieciakiem. I o dzieciakach umie jeszcze opowiedzieć.
Dlatego jako komedia romantyczna z odrobinę wulgarną nutą „The 4:30” ma urok,
któremu udaje się ustrzec kiczu i naiwności. Są w tym emocje, jest przegadana w
pozytywnym tego słowa znaczeniu akcja. I jest klimat tamtych lat, może nie tak
dobrze oddany, jak w filmach z epoki, ale nadal lepiej, niż w większości dzieł
próbujących odtworzyć nastrój czasów (a fryzura Reeda Northrupa to już w ogóle
robi robotę).
Sympatyczna robota dla nostalgicznych dziadersów.
Ale i jeden z najbardziej osobistych filmów Smitha. Nie jest może tak
błyskotliwy, jak jego wczesne dzieła, tak samo, jak nie jest tak ostry ani
kontrowersyjny, ale nie potrzebuje tego by bawić. No i jeszcze te smaczki, jak
trailery w kinie czy ta scena w trakcie napisów… Kto liczy, że to będzie
rzucanie wulgarnymi, kiepskimi żartami o seksie, używkach i czynnościach
wydalniczych, jak w „Jayu i Cichym Bobie” będzie zawiedziony, ale reszta,
każdy, kto ma w sobie romantyczną nutę, tęsknotę za latami 80. i liczy na coś
do pośmiania z odrobiną emocji, ale nie w naiwnym stylu większości
współczesnych romcom, będzie zadowolony.




Komentarze
Prześlij komentarz