Video Girl Ai #4 – Katsura Masakazu


DZIEWCZYNA I WIDEO

 

Po dłuższej przerwie wracam do odświeżania kolejnych tomów „Video Girl Ai”. I znakomicie znów wskoczyło mi się do tej rzeki, gdzie emocje, gdzie miłosne zawirowania i poplątania, gdzie fantastyka i obyczajowość i dużo graficznego złota w czystej postaci (choć sam Masakazu narzekał, że nie miał czasu często rysować tej serii tak, jakby chciał). No moja bajka, trafia mi w czułe struny, a przy okazji jest świetnym komiksem. Tak po prostu.

 

Więc tak. Moteuchi odpuścił sobie Ai, jest teraz z Nobuko, która ma co do niego konkretne plany – chce, żeby ten został jej pierwszym. Tak, dokładnie w tym kontekście, o jakim myślcie. Zaczyna więc przygotowania do wszystkiego…

Tymczasem Ai prześladują sny, w których widzi dom Moteuchiego, a ten wydaje jej się dziwnie znajomy, a jednocześnie coraz bardziej zastanawia ją wideo, które cały czas działa w jej domu. Zaczyna też coraz więcej czuć do chłopaka, a jej opiekun namawia ją by spróbowała się z nim spotkać, w nadziei, że to pomoże jej odzyskać pamięć. Ai stara się więc zaaranżować spotkanie z Moteuchim, ale na drodze staje jej Nobuko ze swoimi planami. Na dodatek wkrótce na scenie pojawia się twórca Ai, który… Właśnie, co wyniknie z jego przybycia?


Oczywiście to dopiero początek, na scenę wkraczają też inne postacie, ale tak naprawdę ten tomik kręci się wokół wszystkiego, co napisałem powyżej. Niby przechodzi do jakichś konkretów, odpowiada na parę pytań, jak to, gdzie mieszka Ai, ale w rzeczywistości odwleka jedynie konkrety ważniejsze. Ale za to jak to robi! Cały czas znakomicie żongluje romantycznymi motywami i przetasowaniami. Bez zbędnego przedłużania z miejsca wchodzi we wszystkie niemal wątki, które zawiązuje na pierwszych kilkunastu stronach, a potem sukcesywnie wszystko rozwija, splata i rozbudowuje, jak należy, wyładowując to wszystko emocjami i erotyką, jednocześnie subtelną, jak i sugestywną.


Dużo tu emocji, dużo romantycznych uniesień, fajnego kreowania postaci i wyśmienitych rysunków, a wraz z nimi genialnego klimatu. W ogóle Masakazu genialne to rysował. Te detale, te twarze, te rastry, operowanie czernią i cieniami… Większość mangaków – że już o obecnie wydających nie wspomnę – nie jest godna czyścić mu stalówki. A to w mandze tak opartej na tym, co wizualne – urodzie, seksowności etc. – takie ilustracje to podstawa. Mają nie tylko dobrze ukazać to, co chce autor, ale i na pierwszy rzut oka przykuć uwagę. I robią to po mistrzowsku.

 

Czyli świetny tom świetnej serii. Niby już mniej dramatyczny, niby bardziej statyczny i spokojny, ale poziom i emocje zachowane. A to przecież nadal ledwie początek serii i cała masa radochy dopiero przed nami.

Komentarze