Drugi tom „Dragon Balla Super” to w odróżnieniu od
jedynki już rzecz w pełni ukształtowana, czyli lecąca może i dość szybko,
skrótowo czasem, ale już bez cięć w fabule. Nie znikają ważne wątki, nie ma tu
miejsca na cięcia (nie, nie ma tu znanej z anime „Copy-Vegeta Saga”, ale ona
sama w sobie wyglądała jak filler i nie miała znaczenia), jest tylko całkiem
sporo frajdy z odtwarzania dawnych motywów, jest finał turnieju, zaraz potem startuje
nowa saga, tym razem o Trunksie z przyszłości plus parę krótkich bonusów, z
których dowiemy się, jak to w alternatywnym wszechświecie odmłodził się Pilaf.
Turniej walki pomiędzy wszechświatem szóstym i
siódmym trwa. Stawką jest Ziemia i kosmiczne Super Smocze Kule, z których
powstały wszystkie inne, a które potrafią spełnić każde życzenie bez żadnych
ograniczeń. To, co działo się do tej pory było jedynie wstępem, teraz wraz z
walką Gokū kontra Frost, zaczyna się prawdziwa zabawa. Niestety, Gokū w dziwny
sposób przegrywa pojedynek, a po nim odpada też Piccolo. Ziemia, która do
zmagań stanęła w niepełnym składzie ma już w swoich szeregach jedynie dwóch wojowników,
z czego jedynie Vegeta nadaje się do walki. Ale Jaco dostrzega coś, co może zmienić
przebieg całego turnieju. Kto jednak zwycięży? Co jeszcze się wydarzy? I jaką
koc skrywa w sobie Hit?
Na tym, oczywiście, nie koniec, bo oto na scenę
powraca Trunks z przyszłości. Gdy giną wszyscy jego bliscy, a on sam nie ma najmniejszych
szans z nowym wrogiem, udaje mu się uciec w przeszłość. Ale czy dla jego
rzeczywistości istnieje jeszcze nadzieja?
Szybko leci ten „Dragon Ball”, oj szybko. Pamiętacie
jak długo trwały kiedyś turnieje? Po kilka tomików, tu w zasadzie zajmuje to
jeden. Różnica między tym, co kiedyś, a tym, co teraz jest taka, że przed laty
między walkami działy się też inne rzeczy, więcej podbudowy, jakieś wątki
obyczajowe, tempo też było nieco inne, a i kadrowanie nie tak gęste, więc więcej
to zajmowało. Tu pędzi wszystko na złamanie karku, nie ma miejsca na nic, poza
wymianą ciosów i wymyśleniem czasem strategii, jak pokonać jakiego wroga i to w
zasadzie tyle.
Dzieje się to wszystko szybko i intensywnie, treść,
jak kadry, upchnięta jest na stronach jak najgęściej, a całość ma jeszcze sporo
z dawnego uroku, chociaż wszystko jest prostsze, bardziej infantylne i bardziej
skierowane do nowego odbiorcy, który coś tam serii liznął, albo i nie, ale nie
poczuje, że to wszystko już kiedyś było, tylko w lepszym wykonaniu. Niezmiennie
to jednak „Smocze kule”, Toriyama coś tam swojej ręki dokłada i to momentami
czuć, więc i starzy fani znajdą coś dla siebie.

Komentarze
Prześlij komentarz