NADZIEJA
W PRZESZŁOŚCI
Pod koniec poprzedniego tomu w serii „Super”
wreszcie zaczęła się saga, która potrwa dłuższy czas i nie będzie tak skrótowo podchodzić
do tematu, jak dwie dotychczas nam zaprezentowane. Co prawda cała ta nowa
opowieść jest kolejną wtórną historią, jednak nadal czyta się ją całkiem
przyjemnie i dobrze to wszystko wchodzi. Przy okazji to dalszy ciąg tego, czym
seria „Super” stoi, czyli rozwijania boskiej części uniwersum „DB”, ukazywania
nam kolejnych przedstawicieli bóstw i aniołów. Komu się to podobało, będzie tym
razem bardzo zadowolony, chociaż, wiadomo, to już nie to samo, co stare dobre „Smocze
kule”.
Trunks z przyszłości trafił do naszych czasów. Gdy trwają
przygotowania jego statku do powrotu w czasie, chłopak zaczyna swoją opowieść o
tym, co wydarzyło się u niego, odkąd opuścił Ziemię po „Sadze Cella”. Tak dowiadujemy
się, jak poradził sobie z próbami ożywienia Buu przez Babidiego i co stało się
z Piwusem jego rzeczywistości. z całej tej historii wynika jedno – Gokū Black to
najwyraźniej jakieś bóg, który upodobnił się do Gokū i urządził rzeczywistości
Trunksa pogrom wszelkich bogów, a także ludzi samych w sobie. W ten sposób
zaczynają się poszukiwania bóstwa, które mogłoby mieć takie ciągoty, a jednocześnie
chwile odpoczynku i treningów przed zbliżającą się podróżą w czasie. Tymczasem bóg
światów, będąc w odwiedzinach u swojego odpowiednika z innej części uniwersum,
poznaje niejakiego Zamasu, który ma zostać tutejszym nowym bogiem światów. Na Ziemi
natomiast Gokū dostaje zaproszenie od Króla Wszystkiego, a choć spieszy się do
walki z wrogiem, komu jak komu, ale jemu się nie odmawia…
Chociaż całe wydarzenie to nic innego, jak powtórka
z „Sagi Androidów”, to widać tu też znamiona innych dragonballowych sag. Najmocniej
w oczy rzuca się chyba ta z Szatanem Piccolo, bo w końcu mamy postać boską, ale
złą. Pojawia się nawet mafuba – element sentymentalny, całkiem nieźle wkomponowany,
ale niestety spartolony nieco przez kiepski żart, a szkoda, bo potencjał
dramatyczny był i można było to lepiej rozegrać. Jednak w „DB” w tak poważnych
sagach, jak ta, potrafiono zadbać by kiepski żart albo się nie pojawiał, albo
gdzieś w mniej istotnym, lżejszym wątku (jak złamanie miecza Zet w „Sadze Buu”
i zachowanie zaklętego w nim boga). Ale właśnie tak to już w „Superce” jest, bo
ta seria w sporym stopniu została zinfantylizowana, a bohaterowie stracili
część swojego dawnego rozwoju.
Widać to najlepiej w konkretnym momencie. To tu bowiem
jest (nie)sławna scena informująca nas, że Gokū się nigdy nie całował. Niby drobiazg,
ale jakoś nieprzekonująco wypada. Cała reszta to jednak fajna akcja, dziejąca
się w zasadzie na kilku polach, bo mamy wątku z teraźniejszości, z przyszłości,
a tu jeszcze wojownicy swoje, bogowie swoje, choć wszystko się to łączy. No i jest
walka, konkretna, z rozmachem i z choć toczy się szybko, nie ma tu pójścia na
skróty. Fajnie to przy tym rysowane, chociaż coraz mocniej daje tu o sobie znać
nieco inne podejście do grafiki, jakie reprezentuje Toyo. No a poza tym saga
trwa, toczy się dalej, wątek w tym tomie kończy się konkretną retardacją i chociaż
czytałem to i oglądałem nie wiem sam ile razy, nadal mam ochotę na więcej.

Komentarze
Prześlij komentarz