Dragon Ball Super #3: Plan „Zero ludzi” – Akira Toriyama, Toyotarou

NADZIEJA W PRZESZŁOŚCI

 

Pod koniec poprzedniego tomu w serii „Super” wreszcie zaczęła się saga, która potrwa dłuższy czas i nie będzie tak skrótowo podchodzić do tematu, jak dwie dotychczas nam zaprezentowane. Co prawda cała ta nowa opowieść jest kolejną wtórną historią, jednak nadal czyta się ją całkiem przyjemnie i dobrze to wszystko wchodzi. Przy okazji to dalszy ciąg tego, czym seria „Super” stoi, czyli rozwijania boskiej części uniwersum „DB”, ukazywania nam kolejnych przedstawicieli bóstw i aniołów. Komu się to podobało, będzie tym razem bardzo zadowolony, chociaż, wiadomo, to już nie to samo, co stare dobre „Smocze kule”.

 

Trunks z przyszłości trafił do naszych czasów. Gdy trwają przygotowania jego statku do powrotu w czasie, chłopak zaczyna swoją opowieść o tym, co wydarzyło się u niego, odkąd opuścił Ziemię po „Sadze Cella”. Tak dowiadujemy się, jak poradził sobie z próbami ożywienia Buu przez Babidiego i co stało się z Piwusem jego rzeczywistości. z całej tej historii wynika jedno – Gokū Black to najwyraźniej jakieś bóg, który upodobnił się do Gokū i urządził rzeczywistości Trunksa pogrom wszelkich bogów, a także ludzi samych w sobie. W ten sposób zaczynają się poszukiwania bóstwa, które mogłoby mieć takie ciągoty, a jednocześnie chwile odpoczynku i treningów przed zbliżającą się podróżą w czasie. Tymczasem bóg światów, będąc w odwiedzinach u swojego odpowiednika z innej części uniwersum, poznaje niejakiego Zamasu, który ma zostać tutejszym nowym bogiem światów. Na Ziemi natomiast Gokū dostaje zaproszenie od Króla Wszystkiego, a choć spieszy się do walki z wrogiem, komu jak komu, ale jemu się nie odmawia…

 

Chociaż całe wydarzenie to nic innego, jak powtórka z „Sagi Androidów”, to widać tu też znamiona innych dragonballowych sag. Najmocniej w oczy rzuca się chyba ta z Szatanem Piccolo, bo w końcu mamy postać boską, ale złą. Pojawia się nawet mafuba – element sentymentalny, całkiem nieźle wkomponowany, ale niestety spartolony nieco przez kiepski żart, a szkoda, bo potencjał dramatyczny był i można było to lepiej rozegrać. Jednak w „DB” w tak poważnych sagach, jak ta, potrafiono zadbać by kiepski żart albo się nie pojawiał, albo gdzieś w mniej istotnym, lżejszym wątku (jak złamanie miecza Zet w „Sadze Buu” i zachowanie zaklętego w nim boga). Ale właśnie tak to już w „Superce” jest, bo ta seria w sporym stopniu została zinfantylizowana, a bohaterowie stracili część swojego dawnego rozwoju.

 

Widać to najlepiej w konkretnym momencie. To tu bowiem jest (nie)sławna scena informująca nas, że Gokū się nigdy nie całował. Niby drobiazg, ale jakoś nieprzekonująco wypada. Cała reszta to jednak fajna akcja, dziejąca się w zasadzie na kilku polach, bo mamy wątku z teraźniejszości, z przyszłości, a tu jeszcze wojownicy swoje, bogowie swoje, choć wszystko się to łączy. No i jest walka, konkretna, z rozmachem i z choć toczy się szybko, nie ma tu pójścia na skróty. Fajnie to przy tym rysowane, chociaż coraz mocniej daje tu o sobie znać nieco inne podejście do grafiki, jakie reprezentuje Toyo. No a poza tym saga trwa, toczy się dalej, wątek w tym tomie kończy się konkretną retardacją i chociaż czytałem to i oglądałem nie wiem sam ile razy, nadal mam ochotę na więcej.

Komentarze