FRANK
DEBIL
Nowa „Naga broń” to, jak masa filmów odświeżających
znane i lubiane serie, kolejny dowód na to, że niektórych rzeczy ruszać się nie
powinno – a na pewno nie powinni niektórzy ludzie. Akiva Schaffer, reżyser
zarówno badziwi („Straż sąsiedzka”), jak i sympatycznego kina („Weird: The Al
Yankovic Story”), jak chce, w komedii czasem potrafi, ale nie w takiej. Brak mu
wdzięczności i podejścia Zuckera, brak mu wyczucia, jakie miał np. Peter Segal,
który godnie przejął reżyserię w trzeciej odsłonie. Ale film przede wszystkim
cierpi ze względu na scenariusz. Nie powiem, Dan Gregor i Doug Mand (plus
Schaffer) w pewien sposób starali się, by to było w dawnym stylu, ale to
staranie się na zasadzie gościa, który wziął kredki i przy ich użyciu
przerysowuje przez kalkę obraz van Gogha – niby robi to samo, ale koślawo i
brzydko. W efekcie nowa „Naga broń” to coś, jak „Przebudzenie mocy”, kopiuj
wklej dawnych scenariuszy, ale gorzej, bez sensu (to powinna być pochwała dla
tej serii, a jest zarzut, jak im się to udało, nie wiem) i z aktorstwem, które
nijak nie jest w stanie udźwignąć ról we właściwy sposób.
Porucznik Frank Drebin Jr., syn legendarnego Franka
Drebina, powstrzymuje co prawda bandytów, którzy napadają na bank, jednak okazuje
się, że to była jedynie przykrywka dla kradzieży pewnego urządzenia potrafiącego
zmienić ludzi w zabójcze zmobie. Frank musi dowiedzieć się kto to zrobił i jaki
ma cel, zanim dojdzie do tragedii. Ale, jak to Frank, jak zacznie śledztwo, tylko
pakuje się w coraz gorsze tarapaty…
Twórcy tego filmu chcieli pójść bezpieczną drogą,
nie ryzykować i po prostu odtworzyć to, co z poprzednich części, a zwłaszcza z
nieśmiertelnej jedynki, To tam było hipnotyzującej urządzenie, które zmieniło
ludzi w morderczych zombie. Tylko trochę uwspółcześnić, dodać trochę swojego i…
No i nie pykło. Ta seria zawsze opierała się na absurdalnym, głupim i niewyszukanym
humorze, ale tam absurd był niewymuszony, głupota celowa, a humor może i
niewyszukany, ale nie aż tak niskich lotów – czego nie da się powiedzieć o „The
Naked Gun” A.D. 2025. Tu niby jest to samo, ale gorzej, bez pomysłu, bez grama
inwencji i błyskotliwości, za to z większą dozą głupoty i wulgarności. Są tu żarty,
które nawet się udały, jest jedna sentymentalna scena, ale żeby się przy tym śmiać?
Albo dobrze bawić? No nie ma szans. Parodia z tego żadna, chyba, że „Nagiej
broni”, a jeśli tak, to nieudolna. Wszystko co najlepsze w tym filmie widzimy
na zwiastunie, a już zwiastun nudzi i ma jedną jedyną dobrą scenę. I tak
wygląda cały ten film niestety.
Czy mogło być dobrze? Nie z taką ekipą, ale plany
na czwartą „Nagą broń” istniały od dawna. Chciano zrobić „The Naked Gun: What
4? The Rhythm of Evil”, w którym stary dobry Frank szkoli nowego rekruta,
przekazując pałeczkę. Potem miał być „The Naked Gun: Episode IV: A New Hope” (z
nowym, niespokrewnionym Frankiem Drebinem granym przez Eda Helma), a jeszcze
później film zrobiony przez twórców oryginału, o synu Drebina, ale bardziej
agencie, niż gliniarzu („The Naked Gun 444 1/4: Nordberg Did It” znany też jako
„Naked: Impossible”), aż seria trafiła w ręce Setha McFarlane’a („Family Guy”, „Ted”),
który chciał obsadzić Liama Neesona i z nim robił scenariusz, w który
ostatecznie został producentem tego, co dostaliśmy w tym roku. Niepotrzebnie. Wiele
z powyższych projektów mogło wypaść o niebo lepiej, postawiono na najbezpieczniejsze
i jednocześnie najgorsze wyjście.
Film nie ma klimatu, jaki mieć powinien, nie śmieszy,
nie bawi. Da się go obejrzeć, ale po co, skoro to samo, ale o niebo lepsze już
mamy? Aktorsko rzecz się nie sprawdza, liczyłem że Neeson swoją oszczędną
mimiką będzie niezły, ale kładzie rolę – za dużo robi mi i to min niepasujących,
jego powaga nie jest powagą Nielsena, a raczej nijakim ponuractwem, które nie
klei się do postaci, jaką ma grać i do jakiej się odnosi, a kiedy robi miny, brakuje
w nich ekspresji, którą obiecywały. Pamela Anderson o dziwo pasuje na kolejną
drebinowską kobietę, a jej jazzowy wykon to fajne ukazanie tego, jaka ta muzyka
jest w rzeczywistości. Ale reszta? Beznadziejny Paul Walter Hauser jako syn Eda
żenuje w tej roli, jak zawsze zresztą, a Mosesa Jonesa (nie-Nordberga) mogłoby
nie być, bo nie ma znaczenia dla opowieści. Reszta jest, bo jest, nikt nie gra
jednak na satysfakcjonującym poziomie, choć pewne fajne cameo w scenie po napisach
zaliczam bardzo in plus.
No ale te plusy to kropla w morzu potrzeb tej niespełnionej,
nijakiej produkcji, która nie radzi sobie jako „Naga broń”, ale jakby tak był
to film w hołdzie parodiom z lat 80. i 90., oderwany od serii, może wypadłby
lepiej. Nie wypada jednak. Co dalej? Szansa na sequel jest, ale mam nadzieję,
że bardzo niewielka – 100 milionów zysków przy 40 milionach budżetu, biorąc pod
uwagę koszty promocji to w zasadzie nic – i jednak nie będziemy męczeni już takimi
niewydarzonymi produkcjami dla widzów o (bardzo łagodnie mówiąc) bardzo niewysublimowanym
guście, w którym udało się zepsuć nawet suchary.

Fajny wpis! Bardzo ciekawie podchodzisz do tematu — dobrze, że dzielisz się swoimi refleksjami. Czyta się to przyjemnie i z zainteresowaniem.
OdpowiedzUsuńOglądaj Naga broń cały film .