Nagra broń (2025)

FRANK DEBIL

 

Nowa „Naga broń” to, jak masa filmów odświeżających znane i lubiane serie, kolejny dowód na to, że niektórych rzeczy ruszać się nie powinno – a na pewno nie powinni niektórzy ludzie. Akiva Schaffer, reżyser zarówno badziwi („Straż sąsiedzka”), jak i sympatycznego kina („Weird: The Al Yankovic Story”), jak chce, w komedii czasem potrafi, ale nie w takiej. Brak mu wdzięczności i podejścia Zuckera, brak mu wyczucia, jakie miał np. Peter Segal, który godnie przejął reżyserię w trzeciej odsłonie. Ale film przede wszystkim cierpi ze względu na scenariusz. Nie powiem, Dan Gregor i Doug Mand (plus Schaffer) w pewien sposób starali się, by to było w dawnym stylu, ale to staranie się na zasadzie gościa, który wziął kredki i przy ich użyciu przerysowuje przez kalkę obraz van Gogha – niby robi to samo, ale koślawo i brzydko. W efekcie nowa „Naga broń” to coś, jak „Przebudzenie mocy”, kopiuj wklej dawnych scenariuszy, ale gorzej, bez sensu (to powinna być pochwała dla tej serii, a jest zarzut, jak im się to udało, nie wiem) i z aktorstwem, które nijak nie jest w stanie udźwignąć ról we właściwy sposób.

 

Porucznik Frank Drebin Jr., syn legendarnego Franka Drebina, powstrzymuje co prawda bandytów, którzy napadają na bank, jednak okazuje się, że to była jedynie przykrywka dla kradzieży pewnego urządzenia potrafiącego zmienić ludzi w zabójcze zmobie. Frank musi dowiedzieć się kto to zrobił i jaki ma cel, zanim dojdzie do tragedii. Ale, jak to Frank, jak zacznie śledztwo, tylko pakuje się w coraz gorsze tarapaty…

 

Twórcy tego filmu chcieli pójść bezpieczną drogą, nie ryzykować i po prostu odtworzyć to, co z poprzednich części, a zwłaszcza z nieśmiertelnej jedynki, To tam było hipnotyzującej urządzenie, które zmieniło ludzi w morderczych zombie. Tylko trochę uwspółcześnić, dodać trochę swojego i… No i nie pykło. Ta seria zawsze opierała się na absurdalnym, głupim i niewyszukanym humorze, ale tam absurd był niewymuszony, głupota celowa, a humor może i niewyszukany, ale nie aż tak niskich lotów – czego nie da się powiedzieć o „The Naked Gun” A.D. 2025. Tu niby jest to samo, ale gorzej, bez pomysłu, bez grama inwencji i błyskotliwości, za to z większą dozą głupoty i wulgarności. Są tu żarty, które nawet się udały, jest jedna sentymentalna scena, ale żeby się przy tym śmiać? Albo dobrze bawić? No nie ma szans. Parodia z tego żadna, chyba, że „Nagiej broni”, a jeśli tak, to nieudolna. Wszystko co najlepsze w tym filmie widzimy na zwiastunie, a już zwiastun nudzi i ma jedną jedyną dobrą scenę. I tak wygląda cały ten film niestety.

 

Czy mogło być dobrze? Nie z taką ekipą, ale plany na czwartą „Nagą broń” istniały od dawna. Chciano zrobić „The Naked Gun: What 4? The Rhythm of Evil”, w którym stary dobry Frank szkoli nowego rekruta, przekazując pałeczkę. Potem miał być „The Naked Gun: Episode IV: A New Hope” (z nowym, niespokrewnionym Frankiem Drebinem granym przez Eda Helma), a jeszcze później film zrobiony przez twórców oryginału, o synu Drebina, ale bardziej agencie, niż gliniarzu („The Naked Gun 444 1/4: Nordberg Did It” znany też jako „Naked: Impossible”), aż seria trafiła w ręce Setha McFarlane’a („Family Guy”, „Ted”), który chciał obsadzić Liama Neesona i z nim robił scenariusz, w który ostatecznie został producentem tego, co dostaliśmy w tym roku. Niepotrzebnie. Wiele z powyższych projektów mogło wypaść o niebo lepiej, postawiono na najbezpieczniejsze i jednocześnie najgorsze wyjście.

 

Film nie ma klimatu, jaki mieć powinien, nie śmieszy, nie bawi. Da się go obejrzeć, ale po co, skoro to samo, ale o niebo lepsze już mamy? Aktorsko rzecz się nie sprawdza, liczyłem że Neeson swoją oszczędną mimiką będzie niezły, ale kładzie rolę – za dużo robi mi i to min niepasujących, jego powaga nie jest powagą Nielsena, a raczej nijakim ponuractwem, które nie klei się do postaci, jaką ma grać i do jakiej się odnosi, a kiedy robi miny, brakuje w nich ekspresji, którą obiecywały. Pamela Anderson o dziwo pasuje na kolejną drebinowską kobietę, a jej jazzowy wykon to fajne ukazanie tego, jaka ta muzyka jest w rzeczywistości. Ale reszta? Beznadziejny Paul Walter Hauser jako syn Eda żenuje w tej roli, jak zawsze zresztą, a Mosesa Jonesa (nie-Nordberga) mogłoby nie być, bo nie ma znaczenia dla opowieści. Reszta jest, bo jest, nikt nie gra jednak na satysfakcjonującym poziomie, choć pewne fajne cameo w scenie po napisach zaliczam bardzo in plus.

 

No ale te plusy to kropla w morzu potrzeb tej niespełnionej, nijakiej produkcji, która nie radzi sobie jako „Naga broń”, ale jakby tak był to film w hołdzie parodiom z lat 80. i 90., oderwany od serii, może wypadłby lepiej. Nie wypada jednak. Co dalej? Szansa na sequel jest, ale mam nadzieję, że bardzo niewielka – 100 milionów zysków przy 40 milionach budżetu, biorąc pod uwagę koszty promocji to w zasadzie nic – i jednak nie będziemy męczeni już takimi niewydarzonymi produkcjami dla widzów o (bardzo łagodnie mówiąc) bardzo niewysublimowanym guście, w którym udało się zepsuć nawet suchary. 

Komentarze

  1. Fajny wpis! Bardzo ciekawie podchodzisz do tematu — dobrze, że dzielisz się swoimi refleksjami. Czyta się to przyjemnie i z zainteresowaniem.

    Oglądaj Naga broń cały film .

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz