STARE
DOBRE STRANGER THINGS?
„Stranger Things” sezon 5, ostatni. Starał się
Netflix nas jakoś zachęcić, podkręcić oczekiwanie i inne takie, dzieląc sezon
na trzy części (po 4, 3 i 1 odcinku…), a jednocześnie jeszcze więcej twórcy
zrobili, żeby nas do produkcji zniechęcić. Niestety skutecznie i to do tego
stopnia, że nie rwałem się jakoś do oglądania finałowego odcinka. Co nie zagrało?
Większość rzeczy. Zwłaszcza to, że do długości ośmiu odcinków rozciągnięto
pomysł, który mógł wystarczyć na góra trzy epizody. Zapchano to byle czym,
olewając potencjał jedynych aktorów, którzy potrafili tu coś zagrać, a cała reszta
„zagrała” tak, że oglądanie aż boli (Millie nigdy grać nie potrafiła, ale tak
beznadziejna chyba jeszcze nie była, acz mogę się mylić, bo produkcji z nią
unikam jak ognia). No a potem nadszedł finał. Naczytałem się, że fajny, że dał
radę, że się udało. Powątpiewałem. A jednak się udało. Okej, ostatni epizod też
jest przeciągnięty, a pewne wątki nie przekonują (temat wojska jest w zasadzie
ucięty, nie ma rozwinięcia ani konsekwencji wydarzeń, chociaż to nie nic nieznaczący
wątek, który można by zamieść pod dywan), ale jednak się udało, dostarczył
sporo frajdy i ciutkę emocji. No wróciły stare, niezłe „Stranger Thingsy”
(niezłe, bo dla mnie zawsze to był nie do końca spełniony serial) i rzecz
domknęła się na poziomie.
Żeby nie wchodzić za bardzo w detale fabuły: lata
80. powoli się kończą i nasi bohaterowie znów muszą się zmierzyć z Vecną, tym
razem ostatecznie, by zarówno odkryć sekrety przeszłości, jak i ocalić świat.
Czy im się to uda?
Większość tego sezonu to pójście w dziwne rejony. Serio.
Skoncentrowanie się w dużej mierze na postaci Holly, której dotąd prawie nie było,
a teraz weszła w wydarzenia w zasadzie znikąd i to od razu na pierwszym planie
jakoś do mnie nie trafiło. Postać to taka sobie, jej wątek, jak i wątek
dzieciaków w ogóle, miał być niby odbiciem wczesnych sezonów, ale zabrakło na
niego większego pomysłu i tak miotają się twórcy w miejscu, jak i ich postacie,
by w zasadzie nic z tego nie wynikło aż do samego finału. Podobnie zresztą
rzecz ma się z wątkiem Max, który też jest za bardzo przeciągnięty. Takiego
rozwlekania się jest więcej, co widać niestety w łzawych pożegnaniach i snutych
długi czas gadkach w sytuacjach, gdy bohaterowie powinni walczyć o życie. Te pożegnania
miały wywołać emocje, a nużyły, te gadki miały podbudować napięcie, ale je spłaszczały.
Dopiero w finale udało się coś z tym zrobić, bo w epilogach niemal tak
licznych, jak w „Powrocie króla” dłużyzny zostają w większości zbalansowane nostalgią,
która potrafi zagrać w widzach siedzących w tym niemal dekadę.
Ale co jeszcze zgrzyta, a co gra dobrze? Zgrzyta
aktorstwo, pisałem i nie mam za wiele co dodać. Zgrzyta balans, bo są wątki
wciśnięte w miejsca, w które nie pasują, burząc spójność i konstrukcję. I zgrzyta
to, co zgrzytało zawsze – twórcy chcieli, by rzecz miała klimat lat 80. XX
wieku, ale go nie czuć. Niektórym serialom się to udało („American Horror
Story: 1984”), ale tu nie – nie było tego nigdy, nie ma i teraz, choć ekipa
stara się z kostiumami, fryzurami i różnymi drobiazgami wszelkiej maści. Ale nie
zmienia to faktu, że jest tu dużo dobrego. Wszystkie te detale i smaczki, masa
odwołań do prawdziwych wydarzeń czy popkultury, a także dobra akcja na koniec,
gdzie w końcu ci lepsi aktorzy mogą pokazać, na co ich stać. Przewidywalne to jest,
oczywiste, ale jednocześnie i tak tego chcieliśmy. A finałowa partyjka w „D&D”,
będąca jednocześnie odbiciem wydarzeń serii, nawiązaniem do tego, czym się
wszystko zaczęło, jak i nowym otwarciem, które stanowi przekazanie pałeczki
kolejnemu pokoleniu, ma swój urok i ładunek emocjonalny.
I chociaż przez większość sezonu żałowałem, że serial
nie zakończył się na trzeciej serii, kiedy był u szczyty możliwości, finał
zrekompensował mi wiele. Nadal to najsłabszy z sezonów, nadal sporo mu brak, za to nie narzeka na brak dziur fabularnych, a
ten po macoszemu potraktowany wątek z wojskiem, eksperymentami i w ogóle drażni
takim zakończeniem, cieszę się, że „ST” dooglądałem, że powstało i… Cholera, wrócę
jeszcze do tej serii. Mam zresztą ochotę odświeżyć sobie całość i chyba
niedługo się za to zabiorę.



Komentarze
Prześlij komentarz