Inhumans – Paul Jenkins, Jae Lee

LUDZCY INHUMANS

 

Koniec XX wieku to w Marvelu okres przemian i rewolucji. Sprzedaż leciała na łeb, na szyję, hity wydawcy stawały się kamieniami u szyi, a jakość komiksów była najczęściej kiepskim żartem – coś, jak obecnie wydawane serie. Bankructwo, przejęcie przez inną firmę, utworzenie Marvel Enterprises, a w końcu odrodzenie jednak nastąpiły. A pierwszym najważniejszym elementem tego odrodzenia była linia Marvel Knights: Joe Quesada i Jim Palmiotti wzięli serie, które nie należały do czołówki, oddali je w ręce topowych twórców i postawili na dojrzałość. Efekt? Widzieliśmy w „Daredevilu” (Smith, Bendis) czy „Punisherze” (Ennis). No i właśnie „Inhumans” to seria z tej linii wydawniczej. A to optymistycznie nastraja. Podobnie, jak i fakt, że za pióro złapał tu Paul Jenkins, który lubi, gdy jest mrocznie, z wątpliwościami moralnymi i ciężkimi tematami. Z drugiej strony miałem spore wątpliwości, bo ja Inhumans, podobnie jak Eteranls, zwyczajnie nie lubię. Nudni są i bez większego potencjału. a tu jeszcze całość rysował Jae Lee, za którym nie przepadam. A jednak komiks to dobry, ciekawy, z zaangażowaniem podany i dobrze wykonany.

 

Inhumans. Rasa stworzona dzięki inżynierii genetycznej przez Kree. Królewski ród posiadający potężne moce, zamieszkujący Attilan i stroniący od ludzi. na jego czele stoi Black Bolt, milczący przywódca, którego głos stanowi niszczycielską broń.

Teraz ta ekipa stoi u progu wielkich zmian. Nie dość, że Namor ich domostwo traktuje, jak swoją własność, a ludzie coraz bardziej zbliżają się do Attilanu, to jeszcze wszystko wskazuje na to, że sama Ziemia chętnie wyeliminowałaby nienaturalność, jaką są, doprowadzając do mutacji w Alfa-Prymitywów. Jakby tego było mało, Maximus Szalony znów zaczyna knuć i…

 

Inhumans debiutowali w roku 1965 w „Fantastycznej Czwórce” i pojawiali się to tu, to tam, do późnych lat 70. Przez pewien czas mieli nawet własny tytuł, ale w latach 80. niemal zupełnie zniknęli, choć dostali własną powieść graficzną. W kolejnej dekadzie też prawie ich nie było, aż nagle dostali w roku 1998 tę właśnie serię, z przytupem wracając na rynek i zgarniając Eisnera. Zaraz potem, w roku 2000, dostali kolejną serię i jeszcze jedna, i tak posypały się tytuły, gdzie byli ważni: „Syn M”, „Silent War”, „Tajna inwazja: Inhumanas”, „Wojna królów”, „Domena królów”, „Nieskończoność” itp., itd. Znacie to już z Marvel Now. Ale wszystko to, co z nimi współczesne, zaczęło się od zebranych tu dwunastu numerów. Numerów już kiedyś wydanych po polsku przez Egmont w trzech tomach, długie lata temu. Tu mamy ten sam materiał, ale z gorszą ekipą odpowiedzialną za przekład i redakcję, co się czuje, chociaż źle nie jest.

 

Ale wróćmy do komiksu. Jenkins, jak to Jenkins, bierze się i robi kawał dobrej roboty, stawiając nieoczywiste pytania (jak Black Bolt to robi, że nie odezwie się nawet przez sen albo kiedy ktoś w jego obecności rzuci dobrym żartem), wnika w temat nastolatków idących na terrigenezę, zmieniając proces mutacji w fajne odbicie procesu dojrzewania, a przy okazji snuje typową dla Inhumans intrygę, żeniąc to wszystko z dobrze ukazaną polityką. I w całości odbija się sytuacja świata, postacie są fajnie nakreślone, a historia ma taki dojrzalszy charakter, w którym nie ma przesadnego słownego wyjaśniania wszystkiego, tekstu nie ma za wiele, a zarówno Jenkins, jak i rysownik, nie żałują sobie miejsca, czasu i metod by jednak opowiedzieć to wszystko w naturalnym rytmie, poprzez opowieść, a nie ciągłe tłumaczenia.

 

Jest tu akcja, jest dramat, jest wnikanie w postacie, jest trochę tajemnic i fajnego wykorzystania uniwersum Marvela w tle. Mamy politykę, mamy dobrze uchwycone te królewskie klimaty, mamy… no wiele mamy, bo i rzeczy dla dorosłych, i fajną teen dramę, kiedy trzeba, i sporą dawkę satyry. A gdzieś pomiędzy tym humor i nawiązania do Polski – nie pierwsze u tego scenarzysty. Nie jest to najlepszy komiks Jenkinsa, nie jest to nawet jego najlepszy Marvel, raczej rzecz na poziomie „Sentry’ego”, ale to nadal bardzo dobry komiks, najlepszy z Inhumans, jaki czytałem i naprawdę niegłupia rzecz. Szkoda tylko, że rysował Lee, bo jego cienka kreska jakoś mnie nie kupuje. Na szkicach, jakie mamy w dodatkach rysunki wyglądają lepiej, tusz jednak, to pójście w cienkość obrysów i kolor, który zdaje się schodzić na dalszy plan, zamiast podkręcić grafiki, sprawiają, że album wygląda dość blado i anemicznie. Nie jest zły, ale to nie rysunki, przy których chciałoby się zatrzymać, popatrzyć na nie i cieszyć oko.

 

I w zasadzie to w temacie tyle. Mamy  bardzo fajny komiks z drobnymi minusami i tanio, więc się cieszę. Wydanie też świetne, jak na tę cenę – no 12 zeszytów i dodatki w twardej oprawie za 54 zł to jednak jak za darmo – z nienajgorszym, acz czasem topornym przekładem i redakcją, która nie wyłapała paru oczywistych błędów, choć na szczęście tylko paru. Jeśli lubicie Inhumans, a nie macie, bierzcie w ciemno, podobnie, jak jeśli cenicie sobie Jenkinsa. Tak samo w sytuacji, gdy chcecie poznać ekipę, bo do tego album dobrze się nadaje. Ale nawę jeśli nie przepadacie za tymi bohaterami, poznać możecie, bo dobra rzecz i z Inhumans robi przekonujące, bardzo ludzie postacie, przypominając odwieczną prawdę, że nie ma złych historii, są żali opowiadający i nawet takie rzeczy da się fajnie przedstawić. 

Komentarze