Skończyłem omawianie tomów głównej serii między erą Straczynskiego, a przygodami Superiora, a i trochę rzeczy z Superiorem też wspomniałem, ale to nie znaczy, że innych albumów z Pajęczakiem niewydanych po polsku nie zaliczyłem i omówić nie zamierzam. Nie powiem, nie było tego za wiele, ale parę rzeczy łyknąłem i... No i zaczynam od tej tu opowieści. Niniejszy tom powstał jako dodatek do początkowych wydarzeń trzeciego volume’u „Amazing Spider-Mana”. I powstał w zasadzie chyba tylko po to, by wprowadzić postać Clasha i żeby zretconować po slottowemu początki istnienia postaci. Niestety, choć ma pewne udane momenty i grać na sentymentach się stara, to jednocześnie, po całkiem obiecującym początku, mocno przeciętny komiks, który w ostatecznym rozrachunku lepiej jest sobie darować (i pewnie dlatego Egmont pominął go w swoim wydawaniu serii na naszym rynku).
Jeśli chodzi o treść, akcja nie dzieje się równocześnie z trzecim volumem serii, kiedy to została wydana, a na samym początku, zaraz po ugryzieniu przez pająka, kiedy ten jeszcze, jak wskazuje tytuł, uczył się pełzać.
Wujek Ben nie żyje, zabity przez bandziora, którego Peter nie zatrzymał, choć mógł to zrobić, i trwają przygotowania do
pogrzebu. Wiadomo jednak, jak to jest" pochówek kosztuje, dlatego też Peter kontynuuje swoje przedstawienia
telewizyjne, by zarobić trochę grosza. No i zdobywa nieco sławy, a jednym z jego wielkich fanów, jest niejaki Clayton
Cole, który postanawia wziąć z niego przykład. Jak to w takich sytuacjach bywa, nic nie idzie tak, jak powinno i wydarzenia te
doprowadzają do narodzin kolejnego, a w zasadzie pierwszego prawdziwego, wroga Spider-Man. Jak to wpłynie na naszego bohatera? I do czego doprowadzi?
Slott postanowił pokazać początki kariery Spider-Mana,
których nie znamy i robi to w całkiem niezły sposób, wypełniając lukę pomiędzy „Amazing
Fantasy #15” a „Amazing Spider-Manem #1” (a potem i dalej). Daje też podwaliny
pod przyszły konflikt Spider-Jameson, a także Spider-Quentin Beck. Poza tym
łącząc tradycyjną kreskę imitującą oldschool lat 60 z nowoczesnością, stara się
uwspółcześnić wczesne dni pająka z zachowaniem całej tradycji. Dla jednych
świętokradztwo, dla innych plus. Każdy musi wyrobić sobie własne zdanie. I fajnie jest, przyjemnie to leci, ale... No właśnie - niestety - do czasu.
To, co napisałem powyżej, to wrażenia, jakie miałem po przeczytaniu pierwszego
zeszytu tego albumu. Zaraz potem okazuje się bowiem,
że opowieść zmienia się w przeciętną historię, a to, co zapowiadało się
ciekawie, znika. Pozostaje jedynie fabuła dla zagorzałych fanów, warta
przeczytania ze względu na znaczenie dla przyszłych wydarzeń, ale dla całej reszty...
A im bliżej finału, tym gorzej. Ostatni zeszyt
„Learning to Crawl” to nuda. Na początku liczyłem na to, że Slott ma jakiś
konkretny cel by opowiedzieć tę historię, a wyszło na to, że robił to tylko dla
kasy, bo nawet wprowadzenie Clasha i ukazanie kilku wydarzeń z nowej, ciekawej
perspektywy, nie ratuje całości i nie wnosi właściwie nic do mitologii. Powstał
więc kolejny zbędny im komiks, który zapowiadał się interesująco, ale w rękach
Slotta umarł cały potencjał, jaki miała początkowo treść.



Komentarze
Prześlij komentarz