GDZIE TO AUTO?
Kolejne „GTA” zaliczone. Tym razem padło na
„GTA: Vice City” – oczywiście „Definitive Edition”. Czyli tradycyjnie, od tyłu,
zmierzając do najstarszej, najkrótszej i najmniej cenionej z serii 3D części. To
jednak potem, na razie pojeździłem sobie po tutejszej wersji Miami, postrzelałem,
kilka biznesów pociągnąłem przed siebie, nachapałem się i w ogóle. I super się
bawiłem. Wiadomo, to nie „San Andreas”, ani „IV”, tym bardziej nie „V”, mniej
misji, mniejsza mapa, krótsza rozgrywka i możliwości też nie tak wiele, a
jednak zabawa przednia była i aż chciałoby się więcej.
Akcja toczy się w latach 80., w tytułowym Vice
City, do którego po odsiadce wraca Tommy Vercetti. Z miejsca wraca do starych znajomości
i biznesów, ale jednocześnie wszystko zaczyna się sypać, a Tommy będzie musiał wykazać
się nie lada sprytem i zacięciem, by przetrwać, co szykuje dla niego w
najbliższym czasie los…
Co tu mówić, „GTA”, jak „GTA” – dokładnie to,
czego się od serii oczekuje, chociaż w mniejszej, bardziej skoncentrowanej
dawce. Mniej zadań, mniej aktywności pobocznych, mniej możliwości. Ale jednak
wszystko, co lubimy, się tu znajduje. Otwarty świat, sporo zadań, sporo rzeczy
opcjonalnych… Główna linia fabularna to znów opowieść o gangsterze, który
wmieszał się w to i owo i wykaraskać próbuje, ale jednocześnie mamy tu też inne
rzeczy. Możemy bawić się w strażaka, w kierowcę karetki czy gliniarza. Chcemy wozić
ludzi taksówkami? No to wozimy. Możemy kupować mieszkania, firmy (do wyboru jest
tego trochę, od taksówek i portu, przez bar i lodziarnię, na studiu filmów
porno i drukarni skończywszy), a także po prostu szukać rzeczy ukrytych na
planszach. W zasadzie ta gra się nie kończy. Główna opowieść i zadania to kilkanaście,
do dwudziestu godzin zabawy. Reszta zależy już od nas: jeśli lubimy jeździć,
słuchając radia, wozić pasażerów, łapać bandziorów czy ścigać się z innymi itp.,
itd., zbierając przy tym kasę etc., to dopóki chcemy, będziemy mieli co robić.
Owszem, część tych pobocznych aktywności w pewnym
momencie wymusza fabuła – żeby dotrzeć do finałowych zadań, trzeba jednak znaleźć,
kupić i rozkręcić parę biznesów – niemniej jednak sporo zostaje w formie opcji
dla chętnych. A warto, bo to jednak kolejne typowe dla serii zadania: mamy napady
na bank, rozprowadzanie narkotyków, fotografowanie polityków w niekorzystnych
dla nich sytuacjach, ucieczki, epicką jazdę motorem po dachach, połączoną z
widowiskowym skakaniem z budynku na budynek… Dzieje się, dzieje. i frajdy jest
masa. Do tego gra ma super muzykę, jak zawsze i w tej odświeżonej wersji
dobrze, nastrojowo wygląda. Dla fanów poprzedniej odsłony są tu smaczki, dla
miłośników popkultury tak samo (już nie będę opisywał tych oczywistych, każdy
je zna). A pomysłowość autorów, choć nie tak wielka, jak w późniejszych częściach,
sprawia, że w kolejne misje serii chce się grać, a i niejedną chętnie
przeszłoby się raz jeszcze.
Minusy? Wiadomo, z portem na PC to tak średnio
czasem wyszło: misje, jak ta ze sterowanym helikopterem czy rozrzucaniem ulotek
to katorga, jeśli nie przechodzi się ich przy użyciu pada. Tańczące skrzynki
etc. też są normą (ale nie mamy z nimi zadań, więc luzik) a i zdarzyło mi się
raz, że gdzieś wcięło przerywnik filmowy, gdzie było zaprezentowane co mam
robić i musiałem szukać w net filmiku. Bywa. Ale to w sumie drobiazgi, chociaż twórcy
remastera mogliby nieco pogrzebać w kodzie i usunąć idiotyczne ginięcie, kiedy
tylko wpadniemy do wody… Ale i tak warto. I to jeszcze jak. Te gry to klasyka i
klasa sama w sobie. I wiadomo, będę to powtarzał, że wersja definitive to skok
na kasę, że to nie powinno tyle kosztować, a jeśli już to powinno być tak
dopieszczone, że mucha nie siada, ale z drugiej strony, serio, kto kupuje gry
na premierę albo w pełnej cenie (żeby mieć niedorobiony, wymagający patchy
produkt, który zanim zostanie załatany i da się w niego w końcu pograć, będzie
już na przecenie?), a całą trylogię można dorwać na promocji w dostatecznie
satysfakcjonującej cenie, żeby nie żałować ani grosika.




Komentarze
Prześlij komentarz