SLUMPOWY
KAPUŚNIACZEK
Skończyłem omawiać „Dragon Balla Super”, który
po polsku dotarł do końca, ale z tego
okresu zostały mi jeszcze dwa tomiki do powspominania, więc… Więc wróciłem i
wspominam. Na początek do „Jaco”, czyli najlepszego dragonballowego tytułu,
jaki Tori stworzył, po zakończeniu cyklu. Z całym szacunkiem do „Superki”, nie
ma ona nawet podejścia do „Jaco z Galaktycznego Patrolu”, który, kiedy ukazał
się na polskim rynku, był dla mnie nie tylko zaskoczeniem, ale i wspaniałym
powrotem do szczenięcych lat, który na nowo rozpalił we mnie ogień pasji do
„Smoczych kul”.
Głównym bohaterem jest doktor Postępiusz Wyżerski,
samotnik mieszkający na niewielkiej wysepce, gdzie stara się stworzyć wehikuł
czasu. Kiedyś praca nad tym projektem skończyła się katastrofą, w której życie
straciła jego żona, teraz Wyżerski upatruje w nim jedyną nadzieję na odwrócenie
tego, co się stało. Na próżno. Czyżby już nic go w tym życiu nie czekało? Nic
bardziej mylnego, bo oto nagle w pobliżu jego domu rozbija się statek
kosmiczny. Jego pasażer, Jaco z elitarnego Galaktycznego Patrolu strzegącego w
kosmosie prawa i porządku, będzie od teraz potrzebował pomocy w naprawie
maszyny, a to nie taka łatwa sprawa, bo z jednej strony, jakby nie patrzeć,
technologia zupełnie obca, z drugiej zaś tanio też nie będzie, a to problem. Do
tego Jaco to typ kłopotliwy, uciążliwy, chcący dobrze, chcący bronić
niewinnych, ale… Co wyniknie z tego spotkania? I co kryje się za przybyciem
Jaco na Ziemię?
Kiedy lata temu ten tom trafił w moje ręce –
nazwisko Toriyamy na okładce sprawiło, że trafić musiał – nie wiedziałem z czym
mam do czynienia. To był czas, kiedy „Dragon Ball” zszedł u mnie na dalszy
plan, nie śledziłem jakoś szczególnie tego, co się w temacie dzieje, bo i przez
lata działo tak niewiele, że – jak to już pisałem przy omawianiu serii – nie sądziłem,
że w ogóle jest co śledzić. Więc tak się złożyło, że przegapiłem nawet tę
premierę i przypadkiem dopiero przy okazji sięgnięcia po pierwsze tomiki serii „Super”
na nią trafiłem. No i trzepnięcie, bo Tori wraca do tego, co najlepsze u niego,
czyli nie walenia się po ryjach, a komedii, gdzie dzieje się dużo, absurdalnie,
z wymyślaniem wynalazków i dobrą zabawą, w której nie brak akcji, kosmitów i
dozy walk, ale bez przesadzania.
Czytanie tego tomiku, bo to tylko jeden tomik, to
mega sentymentalna przyjemność. Od razu przed oczami stanęło mi wspomnienie,
jak wypatrzyłem w 1999 roku na witrynie kiosku pierwszego „Dr. Slumpa”, bo i
mocno slumpowa jest ta historia, z wynalazcą w roli głównej i większym naciskiem
na humor, choć nie tak wielkim, jak tam. Jako, że o treści nie miałem
najmniejszego pojęcia, a tomiku nawet nie przekartkowałem, sporym pozytywem
było to, że rzecz jest z „DB” powiązana i to mocno, a jej fragmenty zostały przeniesione
na ekran w „Brollym”, acz nie powiem, element to przewidywalny i w tej
przewidywalności absolutnie ujmujący. A Jaco to mistrzowsko skrojona postać,
taka, jakiej Tori już nigdy więcej nie zrobił, a szkoda.
Rzecz jest lekka, zabawna, oparta na podobnym, co niezapomniany
„Kapuśniaczek” z Luisem de Funèsem (a jego też uwielbiam, nie poradzę), bo w
obu przypadkach mamy staruszków, którzy stracili kobiety, a w życiu których
pojawia się kosmita, niegłupi i wnoszący sporo do świata „Dragon Balla”. To
wszystko, plus niezapomniane ilustracje, może i nieco bardziej niechlujne, niż
kiedyś (jeśli chodzi o proste linie i im podobne), ale absolutnie urzekające,
daje nam świetną mangę, nie tylko dla fanów „Smoczych kul”. Dla ludzi takich,
jak ja, wychowanych na boomie m&a w Polsce, to coś, co powinni absolutnie
poznać. Szkoda, że rzecz nie doczekała się animowanej adaptacji, bo jednak Jaco
to integralna część „Dragon Ball Super” i jego obecność tam trochę pozbawiona
jest tego konteksyu, który tu wybrzmiewa w świetny sposób.

Komentarze
Prześlij komentarz