Bat-Man: Pierwszy rycerz – Dan Jurgens, Mike Perkins

BATMAN W LATACH 30.

 

Dan Jurgens, legenda komiksu, który na Supermanie zjadł zęby, można rzec, Batmana przez większość kariery niemal się nie tykał. Zrobił ilustracje do bodajże dwóch zeszytów (jednego z eventu „Ziemia niczyja”) i dopiero w latach 2015-2020 zajął się pisaniem serii z Gackiem, ale pobocznej i skupionej na innym bohaterze – „Batman Beyond”. Tym większym zaskoczeniem była miniseria „Pierwszy rycerz” (która niedawno doczekała się kontynuacji w postaci „The Bat-Man: Second Knight”), która nie tylko okazała się bardzo fajnym hołdem dla klasycznej wersji tej postaci, ale i po prostu całkiem fajnym, dojrzałym komiksem, który daje radę jako czarny retrokryminał. Oczywiście nie jest jakiś szczególnie zaskakujący, a to i owo można by poprawić (choćby wyeliminować element fantastyczny, bo to do samych początków Gacka tak nie do końca się klei), ale ma swój niezaprzeczalny urok, a i ja Jurgensa tak zwyczajnie lubię, więc bawiłem się naprawdę nieźle.

 

Jest koniec maja 1939 roku. Ludzie wciąż mają w pamięci wielką wojnę, która miała zakończyć wszelkie konflikty, ale kolejna wojna już wisi w powietrzu, a w samych Stanach też nie dzieje się najlepiej. Bieda, problemy, strach przed nazistami, który dotarł aż tutaj, a do tego w Gotham ktoś w brutalny sposób morduje kolejnych lokalnych polityków, a policja z Gordonem na czele, póki co pozostaje bezsilna. Ale policja nie jest sama, bo Bat-Man, pogromca zbrodni, który wciąż bardziej pozostaje miejską legendą, którą prasa chce potwierdzić, niż wszystkim znanym herosem, też stara się coś zaradzić na obecną sytuację. Dokąd doprowadzi ich śledztwo?

 

Wiele było komiksów o początkach Batmana, czasem lepszych („Długie Halloween”, „Mroczne zwycięstwo”), czasem gorszych („Year Two” czy „Year Three”), ale żaden nigdy nie zbliżył się i chyba nie zbliży do „Roku pierwszego”. Wielu próbowało, wiele jest opowieści w temacie, a teraz swoje trzy grosze dołożył jeszcze Dan Jurgens, który postanowił pokazać nam wczesny okres działalności Gacka, ale w realiach lat, w których powstał. Lata 30., ciemne zaułki, klimat noir i pulpowych kryminałów, brud, brutalność i wojenna zawierucha czająca się na horyzoncie składają się na wyjątkową opowieść o legendarnym herosie. Nie jest ona z tych najlepszych, najbardziej przełomowych, ale i nie o to chodzi. To hołd dla klasyki, list miłosny do początków gatunku i po prostu dobry czarny kryminał, w którym nie brak brutalnych, krwawych scen.

 


Gatunkowo jest wszystko to, czego tej opowieści potrzeba. Zbrodnia, zagadka, krew, seks, przemoc, brud, nieco superhero, choć to supebohaterzenie na razie wychodzi Batmanowi nieporadnie, fajnie uchwycone realia i mroczne, dojrzałe podejście, jakiego po Jurgensie byśmy się nie spodziewali. Zwłaszcza, że jest tu nawet miejsce na czarny humor, a przecież Jurgens zawsze, nawet jak równał z ziemią całe miasto, robił to w sposób, który nadawał się dla młodszych czytelników. A tu nie, co w pewnym sensie jest zasługą rysownika, ale nie tylko. A skoro o rysunkach mowa, to te świetne są: mroczne, realistyczne, pełne detali, budujące wyśmienity nastrój, ale mimo wszystko nie wiem, czy nie wolałbym klasycznych grafik rodem z komiksów z tamtego okresu. Tak dla zderzenia zupełnie odmiennych, a jednak uzasadnionych estetyk. Ale to już kwestia gustu po prostu.

 


I chociaż „Batman: Pierwszy rycerz” do legendy nie przejdzie, wart jest poznania. Gra na sentymentach, bawi się elementami mitologii postaci, a jednocześnie sprawdza się znakomicie, jako samodzielna historia na początek znajomości z Gackiem. Ładnie wydany, w powiększonym i nietypowym jak na komiks amerykański formacie (w serii DC Black Label to jednak częste), dzięki czemu lepiej możemy podziwiać ilustracje (a mamy też parę fajnych w dodatkach), stanowi nie tylko pewien powiew świeżości w „Batmanie”, ale i jeden z najlepszych komiksów o nim od kilku długich lat.


Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze