Osiedle Swoboda #6 - Michał Śledziński

OCZYŚCIĆ UMYSŁY


Długo swego czasu wyczekiwany wielki finał kolorowego „Osiedla Swoboda” wcale taki wielki nie jest. To dobry komiks, dobrze się go czyta, ale Śledziu za mocno oderwał się w nim od ziemi. Wciąż jednak warto jest po ten zeszyt sięgnąć i dowiedzieć się, co spotkało Swobodną Ekipę i ich sąsiedztwo, ale przygotujcie się na miks scen zarówno absolutnie ujmujących, jak i naciąganych.


Gdy Roland odkrywa ucieczkę Dozorcy ze szpitala, odpala akcję Geronimo i wyrusza odnaleźć zbiega.

Tymczasem Ali torturuje Wronę. Z pomocą piratowi radiowemu przychodzą Wiraż i Mariolka z bombą domowej roboty. Zaczyna się apokalipsa, a losy bohaterów krzyżują się w zgliszczach budynku przy Magazynowej. Zjawia się tam również umierający już Drwal, którego celem jest teraz sam Ali...

Może nie każdy to pamiętam, nie każdy to wie, ale w tamtych czasach, re dwie dekady temu, długo Śledziu kazał czekać na ostatni numer serii „OS” i to jeszcze jak. Zapowiadany na lipiec 2005 zeszyt ukazał się ostatecznie w maju 2006, po tym, jak niemal straciłem już całkowicie nadzieję. I do dziś pamiętam, jak pojechałem wtedy rowerem do kiosku - tak, kioski to wtedy wciąż był biznes obecny wszędzie, co parę ulic - i jak się morda ucieszyła, że oto jest, leży tam, na wyciągnięcie ręki i w końcu odpowiedne mi na wszystkie pytania. Niestety, pokładane w nim oczekiwania, a duże miałem, zeszyt w dużej zawiódł i to na wielu płaszczyznach.


Zanim zacznę omawiać zeszyt, jeszcze kilka słów trochę pobocznych, ale... Właśnie, przy okazji poprzednich dwóch zeszytów wspominałem o stronach, których nie ma w wersji zbiorczej, ale teraz wspomnę jeszcze o paru innych zmianach. Czego w zbiorczaku nie ma? Przede wszystkim tytułów opowieści, poznikało też ze stron logo serii i tym podobne drobiazgi. Ale z tego powodu na niektórych stronach zapanowała częściowa pustka - a raczej zapanowałaby, bo w wersji albumowej rozciągnięto niektóre strony czy dopasowano je nieco inaczej, niż w wydaniu zeszytowym (najmocniej widać to w pierwszym numerze). Jak ostatnio porównywałem sobie obie edycje, też nasycenie kolorów w zeszytach bywa intensywniejsze, ale to już taki drobiazg na marginesie. Zostawmy zatem te kwestie i przejdźmy do omówienia samej #6 części.


A zatem... Po pierwsze już rysunki w znacznej części rozczarowują. Maksymalnie uproszczone, kojarzące się z komiksem dla małych dzieci, infantylne wręcz, czasem tylko przypominają wcześniejsze dokonania Śledzińskiego. Kolor tez wydaje się, jakby robiony na szybko, choć może to głównie problem niemal pozbawionych czerni ilustracji. Są tu lepsze momenty, nie powiem, jest czasem na co popatrzeć, a i klimacik zeszyt ma, ale nie da się nie poczuć, że to już nie to, że czegoś zabrakło. Że ta seria, w której graficznie Śledziu eksperymentował od samego początku, zaszła na tym polu nieco za daleko i chociaż nadal rysunki same w sobie złe nie są, to nie są rysunki osiedlowe. Może to wina czasu, jaki minął, może pośpiechu, zmiana w stosunku do poprzedniego zeszytu jest z miejsca widoczna i bardzo duża. 


Kolejna sprawa to scenariusz. Wreszcie wszystkie wątki składają się w jedną wielką całość, ale już sam finał to dla mnie gruba przesada. Ja wiem, że miał mieć satyryczny wydźwięk (i jeśli tak rozpatrywać go, jedynie symbolicznie, nie jest zły), ale siłą satyry „OS” zawsze było to, że nie trzeba było się uciekać do symboliki. Satyra wynikała z dosadności, a nie pseudo science fiction absolutnie do klimatu osiedla (nawet tego nowego, sensacyjnego) niepasującego.


Niemniej nie jest to zły komiks, a i w ogólnym rozrachunku to dobre zwieńczenie serii, ale paru rzeczy zabrakło, parę zaś było zbyt, i to się czuje. Ale z drugiej strony czy już kiedyś nie zdarzały się naciągane rzeczy, jak wątek z rakietą? Chociaż i one miały wtedy w sobie więcej jakiegoś takiego przyziemnego mimo to uroku. Miejmy tylko nadzieję, że zapowiadane od lat „Osiedle Swoboda 3”, którego przedsmak mieliśmy w „Centrum”, nie pójdzie w takim kierunku, jak „OS 2”, ale nawet gdyby, i tak przeczytam i będę wracał. A co.

Komentarze