MROCZNY
RYCERZ UNOWOCZEŚNIONY
Ostatnio mam jakąś fazę na Millera, odświeżam superbohaterskie
komiksy, odświeżam też filmy na ich podstawie. Nie ma ich wiele, co prawda
można zaliczać, że „Daredevil”, że „Elektra” i „Wolverine” a nawet „Batman:
Początek” i „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to z Franka tyle
czerpały, że powinno być tam jego nazwisko mocno wyeksponowane, ale parę
fajnych animowanych się znalazło. A „Batman: Mroczny Rycerz – Powrót” to
zdecydowanie najlepszy z nich. podzielony na dwie części, trwający łącznie
jakieś 2.5 godziny film, choć skrótowo, dość wiernie adaptuje legendarny komiks
Millera i robi to w fajnym, całkiem dojrzałym stylu, nawet jeśli sama animacja
sporo jednak pozostawia do życzenia.
Batmana nie ma. Bruce Wayne zestarzał się, odszedł
na emeryturę, od lat nie działa, ale kiedy w Gotham zacznie źle się dziać, kiedy
ludzie będą ginąć na ulicach, a po mieście rozpanoszy się gang mutantów, dawny heros
będzie musiał raz jeszcze wdziać pelerynę. Nie dość jednak, że wiek robi swoje,
to jeszcze sam Gacek staje się solą w oku nie tylko służb, ale i władz. Także tych
na najwyższym szczeblu. A co gorsza w tle dzieją się większe, rzeczy, które
mogą doprowadzić do trzeciej wojny światowej…
Nie jest to pierwsza próba przeniesienia na ekran
tej opowieści. W szóstym odcinku drugiego sezonu „Nowych przygód Batmana” na
ekran przeniesiono fragment walki Batmana z gangiem Mutantów, a serial „Batman
przyszłości” też mocno z koncepcji Millera czerpał. To, co jednak tu mamy to
dość wierne zaadaptowanie „Powrotu mrocznego rycerza” na potrzeby filmu. Dość,
bo część scen wypadła – i to spora część – część wygląda inaczej (wiadomo, inne
medium), ale najbardziej żal pozbawienia filmu niemal całej millerowskiej
narracji. Jego patetyczny, wzniosły, a jednoczenie literacko satysfakcjonujący
i nieprzesadzony, mający własną rytmikę opartą na powtórzeniach i niepowtarzalny
charakter. Przez to zatraca się sporo pogłębiania rysu psychologicznego
postaci, który budowały introspekcje, ale z drugiej strony opowieść zyskuje na
dynamice.
Ale wiadomo, cały film to taka uproszczona wersja
wszystkiego co znamy. Nadal sam w sobie pozostaje zaangażowany politycznie,
nadal jest dość bliski człowieka i ulicy, nadal dekonstruuje superhero i
ukazuje nam Batmana w starszych latach, ze wszystkimi tego blaskami i cieniami,
fajnie też bawi się mitologią poszczególnych postaci DC, jednakże cierpi na tym
aspekt społeczny. Mniejszy udział mediów, bardziej uboga prezentacja różnych
wydarzeń dziejących się na ulicach, mniej poszczególnych ludzkich żywotów, etc.
sprawiają, że znika gdzieś spora część głębi, którą tak doskonale przedstawił
nam Frank Miller, obrazując szalone czasy zimnowojennej paranoi. Z pozostałych
minusów warto nadmienić uproszczenie pierwszego z dwóch filmów niemal w całości
do walki z gangiem mutantów. Bardzo skrócono też wątek psychologa zajmującego
się superprzestępcami, co jednocześnie w niektórych momentach wyszło o dziwo
opowieści na dobre, bo tu w wielu kwestiach stanowi raczej wypowiadające się
tło, niż ich spiritus movens, co przy skondensowaniu treści stałoby się
naciągane.
Film sam w sobie ogląda się jednak dobrze, ale pozostaje
opowieścią skierowaną do nieco młodszego odbiorcy, niż komiks i o wiele
bardziej powierzchownie traktuje wiele ważkich kwestii i głębszych warstw samej
opowieści. Nadal pozostaje dość brutalny, chociaż złagodzony. I nadal ma coś do
powiedzenia i robi wrażenie. Postacie są nieźle nakreślone, głosy dobrze
dobrane, a świat nie został na siłę uwspółcześniony. Szkoda więc, że
uwspółcześniona została szata graficzna, bo ten film naprawdę nie potrzebował
takiej animacji, jaką dostał. O ile same rysunki starają się być w miarę
millerowskie. jednocześnie uderzając w klimaty znane z serialu animowanego
„TAS”, o tyle kolorystyka, mocno komputerowa, barwna i typowo współczesna,
zatraca genialny klimat, jaki swoimi pastelowymi kolorami budowała Lynn Varley
w oryginale. Co nie zmienia faktu, że doceniam całą robotę i śmiało produkcję
mogę polecić. Dobra jest, to jedna z najlepszych tego typu rzeczy – lepsza od
„Batman: Rok pierwszy”, „Długie Halloween” czy nawet „Zabójczy żart” – i naprawdę
dobra ekranizacja, ale komiksowego pierwowzoru nie zastąpi.

Komentarze
Prześlij komentarz