The Sabotage (PC)

IRLANDZKI SABOTAŻYSTA W OKUPOWANEJ FRANCJI

 

No i kolejny klon „GTA” zaliczony. „The Sabotage”, gierka, która może nie zdobyła takiej sławy, jak większość innych gta-owych zrzynek, okazała się jednak całkiem przyjemną pozycją. Nic to szczególnego, niemal wszystko, co w niej najlepsze wzięte jest z „Wielkiej Kradzieży Auta”, ale klimat drugiej wojny światowej plus fajny zabieg z łączeniem czerni i bieli (tam, gdzie dzielnice zajęte są przez nazistów) z kolorem (gdzie już obszar udało się wyzwolić), sprawiają, że pod względem nastroju gierka dość się wyróżnia.

 

Głównym bohaterem „Sabotażu” jest irlandzki kierowca wyścigowy, który pewnego dnia zadziera z niewłaściwym człowiekiem – nazistowskim pułkownikiem. Gdy w wyniku wydarzeń ginie jego przyjaciel, nasz Irlandczyk szukać będzie zemsty. Tak trafi do francuskiego ruchu oporu i zacznie walkę, starając się dopaść wroga…

 

Było tak, że swego czasu każdy chciał mieć własne „GTA”. Ubisoft zrobił „Watch Dogs”, Square Enix „Sleeping Dogs”, Sony wypuściło „The Gateway”, Sega „Yakuzę” itp., itd. No a EA miało „The Saboteur”, które miało stanowić połączenie „GTA” i „Assassin’s Creed”. I stanowi, acz na obu polach brak mu w pewnym stopniu wdzięczności oryginałów. Model jazdy jest niezły, nie wybuchamy tu w aucie tak często, jak w „GTA”, ale i równie szybko się nie poruszamy. Mniej jest pojazdów, mniej opcji, prowadzenie nie jest tak różnorodne, ale ogólnie gra się naprawdę przyjemnie, a i ściganie się wypada naprawdę do rzeczy. Jak nie lubię, tak tu jest bezproblemowe. A że głownie jeździmy, bo zbyt szybkiego tempa biegania nasz bohater nie ma i mamy do zwiedzania dość sporą mapę, dobrze, że nie jest toporne i męczące.

 

Ale w pewnym sensie dość toporne jest to, co z „Asasyna”, czyli wspinanie się. Tak, w „Sabotażu” da się wejść na każdy budynek, poskakać po dachach też się da, ale to nie „AC”, idzie to o wiele wolniej, mniej jest swobody ruchów, a i ich płynność czy tempo pozostawia sporo do życzenia. Ale to fajny element, trochę wnosi odświeżenia i różnorodności, a że nie jest tylko ozdobą i nie brak wykorzystania go w misjach, albo w pobocznych aktywnościach (tych jest masa, ale to takie punkciki na mapie typu „zniszcz szczekaczkę nazistów” albo „znajdź kontrabandę”, więc na jakieś konkretne misje nie liczcie; robić jest zatem co, z tym, że trzeba to lubić). Głównych i pobocznych misji trochę jest, ale starcza tego na jakieś 20 godzin niespiesznego grania. Czy są tak wykręcone, jak w „GTA”? A no nie, chociaż jest parę fajnych, szczególnie z rozwalaniem różnych fabryk czy laboratoriów nazistów, a finałowe starcie na wieży Eiffla, z której jak deszcz spadają naziole ma swój urok i widowiskowość.

 


A skoro o widowiskowości… Twórcy postarali się by patent z czarnobiałymi (plus na czerwono to, co nazistowskie) miejscami i kolorowymi plenerami tam, gdzie ruch oporu już wygrał, miał swój klimat. Walki w zajętych dzielnicach, gdzie rozwalasz jakiś teren wroga oferują sporo fajnych rzeczy: walisz z działka, wysadzasz wieże, zestrzeliwujesz samoloty, gdy jedziesz na pace samochodu, albo niszczysz sterowce, które spadają w płomieniach na ziemię. W takich momentach naprawdę chce się w to grać. Ale nie jest to pozycja, która zassałaby jak „GTA” i kazała wracać do siebie co chwila i odwiedzać każde możliwe miejsce, chcąc zrobić wszystko. To po prostu nieźle zrobiona rozrywka (swoją droga gracze mają wybór, jak bardzo dla dorosłych jest włączając albo wyłączając np. nagość), z grafiką, która wciąż daje radę. Trochę to się na nowych systemach wysypuje, gdy człowiek chce po zapisie wyjść do pulpitu, ale poza rym chodzi dobrze. Komu mało „GTA”, albo kto lubi takie wojenne klimaty i zabawy w ruch oporu, śmiało może.

Komentarze