Liga Niezwykłych Dżentelmenów, tom 3: Stulecie – Alan Moore, Kevin O'Neill

WIEK NIEZWYKŁYCH PRZEMIAN

 

Po nieco słabszym tomie trzecim (okej, tomie dodatkowym, ale nie da się traktować „Czarnych akt” inaczej, jak trzeciej części sagi), Moore i O’Neill wracają na właściwe tory i do właściwiej jakości. „Stulecie” to bowiem komiks, który kolokwialnie mówiąc wymiata. Świetnie pomyślany, z konkretną fabułą i ograniczoną ilością dodatków, tym razem skupia się na opowiedzeniu rozbudowanej, epickiej i wypełnionej po brzegi smaczkami historii, która jest przede wszystkim dla znających brytyjską (i nie tylko) (pop)kulturę i historię (od prozy Williama Hope’a Hodgsona, przez legendę Kuby Rozpruwacza, na „Harrym Potterze”, którego mocno tu Moore reinterpretuje i dopełnia skończywszy), ale jednocześnie satysfakcjonuje i tych mniej obeznanych. Dla mnie absolutna perełka, którą się smakuje i odkrywa powolutku.

 

Akcja zaczyna się w roku 1910, kiedy to Thomas Carnacki doświadcza wizji. Wizja, jak zawsze, jest mętna i nieprecyzyjna, ukazując mu tajemniczy rytuał magów z niewidzialnego uniwersytetu, nadchodzącą zagładę, powrót mordercy, a także pewną pływającą nago kobietę. Mina i reszta ekipy stara się zgłębić całą sprawę i odkryć, co się dzieje i czy zagrożenie jest realne. Pytanie jednak, czy wizje Carnackiego odnoszą się do czasów obecnych czy przyszłych?

Tymczasem w Anglii zjawia się nie tylko człowiek, którego wszyscy mają za Kubę Rozpruwacza, ale i córka Kapitana Nemo. Dla obojga los nie będzie łaskawy. A może jednak? A to zaledwie początek, bo los rzuci bohaterów w różne czasy, od 1910, przez 1969 po 2009 rok i…

 

Bawi się tym komiksem Moore, oj bawi. Zobaczcie tylko scenę kończącą pierwszy rozdział. Moment jak żywcem wyjęty z jednej części „Piratów z Karaibów”, gdzie mamy wieszanie faceta na rynku. Moore, jak w tym filmie, robi z tego w zasadzie musical, ale dramatyczny, przetykany batalistycznymi sekwencjami, które są widowiskowe i epickie, a całość zmienił w całkiem ambitną, mimo przystępności formy, krytykę podziałów społecznych, polityki i socjalnej sytuacji tamtych czasów – ale wcale nie tylko ich. I chociaż to jedna z wielu scen, o których można by wiele powiedzieć, ta chyba najdoskonalej obrazuje ogół tego tomu: że to szalona, bawiąca się motywami, schematami i formami rozrywka, która jednak pozostaje spójna, zaangażowana i porywająca. Mniej tu jest szaleństwa samej formy, niż poprzednio – i mniej, niż będzie w ostatnim tomie – ale za to więcej różnorodności jeśli chodzi o poruszaną tematykę.

 


Czego w zasadzie tu nie ma. Pierwsza część to znów / nadal te niemal wiktoriańskie klimaty. Druga to czasy swoistej seksualnej rewolucji, hipisów i wolności, aż do punkowego szaleństwa. Trzecia to czasy współczesne w zasadzie. A nad każdą z tych epok – swoją drogą wszystkie z nich są bezbłędnie uchwycone – unosi się duch głównego wątku: rytuału, antychrysta i wszystkiego, co się z tym wiąże. Moore nie mając już tyle, co kiedyś swobody w używaniu prawdziwych postaci i wątków (klasyka była w domenie publicznej, współczesne dzieła czy istniejące osoby, sami wiecie), musiał postawić na aluzje, żarty i nawiązania. I te czasami mocno giną w polskim przekładzie niestety. Samo tłumaczenie jest świetne, ale jest kilka wpadek. „Paint It Black” jako „Czarny odcień czerni” do mnie nie przemawia. Do tego zatracenie smaczków boli. Bo jest np. scena, w której Tom przedstawia się Minie mówiąc, że na drugie ma „Cud”, a nazwisko to „Zagadka”. Po polsku brzmi to słabo, w oryginale chodzi o „Marvel” i „Conundrum” (synonim dla „Riddle”) i z miejsca staje się jasne, że bohater to Tom Marvolo Riddle z „Pottera”, co wymownie podkreśla scenę, gdy wchodzi potem w peron 9 i 3/4. A to tylko jeden z takich przykładów, chociaż chyba najbardziej wyrazisty.

 


No i takimi smaczkami ten komiks stoi. Tym wyłapywaniem, zabawą, niezależnie na którym polu. Ale fabularnie to też wyśmienite dzieło, może dość proste, ale świetnie poprowadzone. Przy okazji to też znakomity obraz przemian: histerycznych, obyczajowych, kulturowych, społecznych… Jest tu w zasadzie wszystko i wszystko doskonale zrobione. Graficznie jest świetnie, choć już nieco słabiej. W kresce czuć pewne zmęczenie a może pośpiech, jest kilka kadrów, w których proporcje czy sylwetki aż kłują w oczy, a i wiele uproszczeń znajdziecie w warstwie graficznej w zasadzie w całym albumie. A jednak nadal jest znakomicie, klimatycznie, wpada to w oko, ma absolutnie urzekające momenty i potraf zachwycić rozmachem czy dynamiką. Dorzućcie do tego dodatki – tym razem ich mniej (historia SF prozą „Poddani księżyca” i galeria okładek i grafik, gdzie znajdziecie też nieco żartów), ale taka ilość śmiało wystarczy po tym, jak poprzedni tom był wypełniony takimi rzeczami po brzegi – i macie coś, co absolutnie warto poznać. Czyste komiksowe złoto, gdzie „Dziecko Rosemary”, Kuba Rozpruwacz i „Harry Potter” spotykają się z serialami takimi, jak „24 godziny” czy „Lost: Zagubieni” (a całość ma przy okazji wiele punktów wspólnych z „American Horror Story”, podobnie bawiąc się na metafikcyjnym polu schematami, motywami i nawiązaniami, ale idąc w większe ambicje), tonących w erotycznym bagnie, na tle echa piosenek Beatlesów, Rolling Stones i im podobnych, gdzie nad wszystkim czuwa chór grecki, czasem śpiewający w tonacji barowych przyśpiewek, to znów uderzający w punkową nutę, ale zawsze spełniający swoją rolę. Cudo.


Komentarze