Miles Morales. Spider-Man #2: Nigdy więcej Spider-Mana – Brian Michael Bendis, Pepe Larraz, David Marquez, Sara Pichelli

KONIEC KOLEJNEGO SPIDER-MANA?

 

Drugi tom „Milesa Moralesa” to nie tylko ciąg dalszy świetnej serii, ale i jednocześnie zakończenie pewnego etapu. Zbierając zeszyty #13-28 serii „Ultimate Comics Spider-Man”, dociera do jej końca, ale nie kończy opowieści. W zasadzie to wszystko dopiero się rozkręca i w następnym tomie nie tylko doświadczymy dwusetnego numeru „Ultimate Spider-Mana” czy fragmentu dużego wydarzenia, jakim jest „Cataclysm”, ale też i Miles dostanie kolejną własną serię („Miles Morales: Ultimate Spider-Man”), której wydawanie doprowadzi nas aż do wydarzeń znanych z „Tajnych wojen” (Hickmana, wiadomo). Ale na razie mamy ten tom, gdzie Bendis nadal bawi się swoją opowieścią i motywami znanymi z głównej serii w ujmujący sposób. I chociaż to nie poziom „Ultimate Spider-Mana”, jest co poczytać i na co popatrzyć także, a w historii o Venomie udaje się twórcom wspiąć na wyżyny, jakich dawno tu nie było.

 

Na początek wielkie rzeczy dzieją się w Stanach. Wielkie i niebezpieczne. Kraj zostaje podzielony, wojsko wychodzi na ulicę, Hydra chce obalić władzę, a wojna wisi w powietrzu. Na scenę wkraczają Ultimates i Kapitan Ameryka, który nie chce, by nowy Spider-Man brał w czymkolwiek udział, niezależnie od tego, co zdecydował Fury. Dla Milesa to nie będzie łatwy czas, będzie musiał bowiem udowodnić na co go stać, ale i zmierzyć się z oskarżeniami o śmierć wuja. A to zaledwie początek, bo zaraz pojawia się też Venom i robi się coraz większy problem, bo ten symbiont wydaje się mieć jakiś związek z Milesem i wie dużo. Za dużo. A tu przecież jeszcze dochodzą kwestie osobiste, do akcji wkraczają nowe postacie i… Czy Miles porzuci bycie superbohaterem? Bo na to niestety się zanosi…


Ten tom serii to w jednej trzeciej rzecz połączona z wielkimi wydarzeniami świata Ultimate. Na początku mamy „Divided We Fall” i „United We Stand”, czyli wydarzenie bardziej istotne dla świata mutantów i Ultimates niż samego Spider-Mana, rozgrywające się w całości nie tylko tu, ale i na łamach serii „Ultimate X-Men”, „Ultimate Comics Ultimates” (niestety nie wydanych po polsku), ale jednak coś wnoszące i całkiem epicko i z paroma zaskoczeniami wypadające (chociaż brakuje tu nieco kontekstu wydarzeń, ale Bendis i ten zdołał wcisnąć na stornach). Nie wiem, które pomysły są Bendisa, a które reszty ekipy, a on po prostu wykorzystał je w tych numerach, bo całego eventu nigdy nie czytałem, ale jest tu parę błyskotliwych momentów, jest parę fajnych zabaw klasyką (zwłaszcza pewną historią z pamiętnego albumu „Kapitan Ameryka: Wojna i pamięć”), a także po prostu dynamiczna, konkretna akcja.

 


No i akcją, dynamiką i odtwarzaniem dawnych historii, ale na nowym, podkręconym gruncie, stoi całość. Tym zresztą zawsze to uniwersum Ultimate stało. Wątek Venoma jest fajnie wykorzystany i Bendis znalazł na niego całkiem przyjemny pomysł, chociaż już przecież tą postacią w serii się bawił. A że dorzucił dramatów, mocnych scen, emocji i pozostawił sporo rzeczy do dopowiedzenia, efekt jest znakomity. Potem idzie dalej, sięgając do klasyki (niezapomniane „Amazing Spider-Man: Nigdy więcej Spider-Mana!” z końca lat 60., ale i pastisz legendarnej sceny z „Uncanny X-Men #168”), robi to po swojemu, dorzucając takie postacie, jak Colak i Dagger (swoją drogą też debiutujące przed laty w jednej ze spidermanowych serii) – i ja wiem, że Tandy już się w „Ultimacie” pojawiała, ale dotąd to był easter egg w zasadzie, a teraz staje się pełnoprawną bohaterką. I mnie to kupuje, bo ja Cloaka i Dagger uwielbiam odkąd pierwszy raz czytałem o nich jeszcze w latach 90., a ich ultimate’owa wersja do mnie przemawia.

 


Poza tym Bendis wyśmienicie łączy superhero, gdzie epicka akcja, wielkie wydarzenia, zagrożenia i równie wielka polityka, łączą się z doskonale uchwyconą teen dramą, w której nastoletni czytelnicy znajdą odbicie swoich problemów i codzienności. Jest tu miejsce na humor i dramat, jest klimat, dialogi żywe i życiowe i nie ma przeładowania nimi opowieści, a rysunki są po prostu znakomite: dynamiczne, dość realistyczne, ale i mające swoją lekkość i budujące odpowiedni nastrój, chociaż są tu prace słabsze i lepsze, jak to w takich zbiorczych wydaniach się zdarza.

 

W skrócie: świetna rzecz. Kawał bardzo dobrego komiksu dla każdego miłośnika superhero. Fajnie, że po paru latach przerwy Egmont wrócił do świata Ultimate i kontynuuje jedną z najlepszych serii o Pajęczaku. A komu mało, może zaraz po tym albumie sięgnąć po „Erę Ultrona”, która dzieje się po tych wydarzeniach i ma parę scen z Milsem, prowadzących nas do tego, co będzie w kolejnym tomie.


Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.


Komentarze