TO (NIE) AUSTRALIA
Kolejny tom „Świata Dysku” wraca do magów w
roli głównej, a za postać wiodącą obiera Rincewinda. I super, bo ja gościa (i
magów) uwielbiam i zawsze chcę więcej. Zwłaszcza, że z historiami o Rincewindzie
Pratchett miał tak, że często kończył je retardacjami, zostawiając i nas, i
bohatera, w sytuacji, która intryguje. Co będzie dalej? Co z tego wyniknie? Więc
czytelnik czeka, a potem zawsze wynika dużo: przygód, akcji, humoru i satyry.
Teraz też, bo dyskowa wersja Australii daje Pratchettowi pole do popisu i
rozbawiania nas na każdym kroku. A w całym tym rozbawieniu kryje się prawda,
kryje analiza ludzkości, ale i piękna zabawa stereotypami i smaczkami, która
mnie kupiła. Super tom, chyba najlepszy z Rincewindem i kawał wyśmienitej
komediowej fantastyki, która wie, że nie wystarczy się pośmiać z czegoś, by
powstało dzieło godne uwagi.
Na Niewidocznym Uniwersytecie źle się dzieje.
bibliotekarz zachorował, niekontrolowanie się zmienia, a magowie chcą coś na tę
sytuację poradzić. Jest jeden zasadniczy problem – nikt nie wie, kim bibliotekarz
był, kiedy był człowiekiem, co dla całej sprawy jest bardzo istotne. A
właściwie wie to Rincewind, z tym, że Rincewind po ostatnich przygodach w
Imperium Agatejskim przypadkiem przeniósł się na kontynent, który nie wiadomo
czy w ogóle istniej – XXXX. Jak się tam dostać? Bezpiecznego sposobu nie ma,
ale... Coś się dzieje i magowie – wraz z panią Whitlow – trafiają do miejsca,
które przeczy wszelkim znanym prawom czegokolwiek, a to dopiero początek…
Tymczasem Rincewind jakoś sobie radzi na XXXX.
A to kanapkę z dżemem znajdzie pod kamieniem, to znów jakiś dziwny kangur go
prześladuje, ale z tego prześladowania wynika więcej dobrego niż złego… Wiadomo,
chciałby ziemniaka zjeść i coś do picia, bo deszcz tu nie pada, a piwo nie załatwia
sprawy, ale jakoś daje sobie radę. Aż los znów zechce go pchnąć w kierunku
wielkich wydarzeń, które mogą sprowadzić deszcz na XXXX. Ale czy Rincewind tego
dokona? Jaką tajemnicę skrywa kangur? Dlaczego rzeczywistość zdaje się zmieniać
na oczach naszego pechowego maga? I co dla jego kolegów po fachu wyniknie ze
spotkania z bogiem ateistą i rozmów o seksie?
„Świat Dysku” to cykl posklejany z różnych podcykli
i chociaż wszystko łączy miejsce akcji, bohaterowie i komediowy ton, estetyka i
gatunkowe czy może podgatunkowe przynależności są różne. Opowieści o
Rincewindzie to te najbardziej komediowe, ale i satyryczne, najbardziej też
rozbrajają i skupione są na przygodach. Ten tom należy do tych najmocniej
rozbrajających, chociaż jednocześnie element przygód sprawia wrażenie jakby
mniej intensywnego. Przez większość książki główny bohater wędruje w kierunku
Rospyepsh, ciągle biorąc udział w jakichś wydarzeniach, ale tym razem mniej jest
to eksponowane. Magowie? No oni kradną show, ale… No właśnie, z wątkami w tym
tomie, jak i w wielu poprzednich, jest taki problem, że są jakby posklejane po
najmniejszej linii oporu. Wydarzenia następują, bo tak, wątki niby się łączą,
ale w zasadzie jakby nie, kolejne problemy pojawiają się, jak odwrotność deus
ex machiny, ale… To wszystko nie ma znaczenia. ten świat taki jest, Rincewind
już takie szczęście ma, a tu o zabawę chodzi i co ta ze sobą niesie, a to, jak
pisałem, przednie jest.
I tak, jak przy okazji „Muzyki duszy” narzekałem, że Pratchett nie wykorzystał potencjału muzyki jako takiej, tak tu potencjał Australii (choć na wstępie twierdzi, że to nie książka o niej) wykorzystał do maksimum. Jest tu miejsce na „Mad Maxa”, jest miejsce na pokazanie, jak odkryto Vegemite czy na żarty z australijskiego piwa. Żeby się doskonale bawić i wyłapać wszystkie smaczki, trzeba dobrze znać to miejsce i jego rzeczywistość, bo wprowadzenie tłumacza w niektóre kwestie to ledwie namiastka tego, co wiedzieć się powinno, ale gdy już czytelnik wie… no miodnie wchodzi ten tom, zachwyca, urzeka i sprawia, że chce się więcej.

Komentarze
Prześlij komentarz