BETTER WATCH OUT…
Dwudziesty tom „Świta dysku” to historia świąteczna.
A tu akurat czytałem ją, jak mieliśmy te rekordowe upały, w cieniu niemal do 40
dobijało, człowiek ledwie żył, pocił się, jak świnia na rożnie (to świńskie
nawiązanie to nie przypadkiem). Bywa. Ale dzięki tym upałom nadgoniłem parę
lektur i dysonansu w związki z pogodowymi rozbieżnościami nie było i z „Wiedźmikołajem”
przynajmniej fajnie się rozerwałem. Nie jest to tak dobry tom, jak poprzedni,
nie jest to również najlepszy tom ze Śmiercią, ale też i lepiej mi wszedł, niż
wcześniejszy z jej przygodami. Ot po prostu kolejna porcja dobrej, ale
pozostawiającej pole do poprawy, rozrywki z solidną porcją satyry, świetnych
pomysłów i udanego klimatu.
Audytorzy chcą się pozbyć Wiedźmikołaja, który
co roku roznosi dzieciom prezenty, chociaż niewielu jeszcze w niego wierzy.
Ponieważ sami nie mogą się tego podjąć, zabójstwo zlecają, jak się można
domyślić, Gildii Zabójców. A kto lepiej je wykona, niż pan Herbatka, nieco
nadgorliwy, ale za to nad wyraz skuteczny zabójca, który potrafi zabić każdego,
nieważne żywego, czy nie...
To tylko jeden z wątków, bo oto nadchodzi Noc
Strzeżenia Wiedź, kiedy to Wiedźmikołaj roznosi prezenty. Susan, wnuczka
Śmierci, która wiedzie w miarę spokojne, normalne życie na posadzie
guwernantki, czasem tylko tłukąc jakieś niewidzialne stwory pogrzebaczem, już
wkrótce wmieszana zostanie w wydarzenia, w które mieszać by się nie chciała.
Oto bowiem pojawia się Wiedźmikołaj, ale coś tu jest nie tak. To nie ten rubaszny
staruszek, co zawsze, a Śmierć przebrana a jego strój. Ale dlaczego? Co się
stało z prawdziwym Wiedźmikołajem? I jaka będzie w tym wszystkim rola Susan?
A tu jeszcze na Niewidocznym Uniwersytecie
magowie postanawiają otworzyć łazienkę, która otwierana być nie powinna…
Nie wiem, czy Pratchett czytał album „Lobo: Paramilitarne
Święta Specjalne” (jak niefortunnie przełożono na polski oryginalne „Paramilitary
Christmas Special”), ale faktem jest, że tamta historia, w której istota nieszczególnie
ludzka (akurat w „Lobo” był to Zajączek Wielkanocny), wynajmuje płatnego
zabójcę by zlikwidował Świętego Mikołaja, ukazała się cztery lata przed
„Wiedźmikołajem” i ma z nią wiele punktów wspólnych. Także na polu gatunkowym
(satyra, komedia, czarny humor). Ale czy znał „Lobo”, czy nie, znał całą masę
dzieł świątecznych. Co prawda ten zimowy klimat jakoś tonie w samej akcji i
tylko czasem przebija, ale nawiązań do klasyki, od „Dziewczynki z zapałkami”,
do „Opowieści wigilijnej” jest cała masa. I tymi nawiązaniami rzecz po części stoi.
Ale nie tylko.
Wielki plus dla tego tomu, że wątek Śmierci, który
(Śmierć, nie wątek) standardowo dla powieści o jego przygodach, znów wyłamuje
się ze schematu, znów robi coś ludzkiego i wbrew zasadom, przełamany jest dużą,
solidną dawką magów i ich akcji. Susan, która w zasadzie jest na równi ze swym dziadkiem
główną bohaterką tomu, jest znów mocno nijaka i jakby jej nie było, ale magowie
wymiatają. Całość wypełniona po brzegi humorem, wydarzeniami i bohaterami, ze
świetnym panem Herbatką na czele, jeśli chodzi o kreację, dostarcza tu dobrej
zabawy, i paru klimatycznych scen, i świetnej satyry także. To, co sporządza na stronach Pratchett, to iście wybuchowa mieszanka,
gdzie mit o Mikołaju spotyka się z historią o płatnych mordercach, a także opowieścią
o dziecięcych lękach, a gdzieś tam pobrzękują takie nuty, jak „Z archiwum X” i
to wszystko ze sobą gra.
Ot świetnie napisana bajka dla dorosłych. Jest urok. Jest sporo prawdy. I jest rozrywka, ale taka, która ma coś do powiedzenia i wie, jak to zrobić.

Komentarze
Prześlij komentarz