Wiedźmikołaj – Terry Pratchett

BETTER WATCH OUT…

 

Dwudziesty tom „Świta dysku” to historia świąteczna. A tu akurat czytałem ją, jak mieliśmy te rekordowe upały, w cieniu niemal do 40 dobijało, człowiek ledwie żył, pocił się, jak świnia na rożnie (to świńskie nawiązanie to nie przypadkiem). Bywa. Ale dzięki tym upałom nadgoniłem parę lektur i dysonansu w związki z pogodowymi rozbieżnościami nie było i z „Wiedźmikołajem” przynajmniej fajnie się rozerwałem. Nie jest to tak dobry tom, jak poprzedni, nie jest to również najlepszy tom ze Śmiercią, ale też i lepiej mi wszedł, niż wcześniejszy z jej przygodami. Ot po prostu kolejna porcja dobrej, ale pozostawiającej pole do poprawy, rozrywki z solidną porcją satyry, świetnych pomysłów i udanego klimatu.

 

Audytorzy chcą się pozbyć Wiedźmikołaja, który co roku roznosi dzieciom prezenty, chociaż niewielu jeszcze w niego wierzy. Ponieważ sami nie mogą się tego podjąć, zabójstwo zlecają, jak się można domyślić, Gildii Zabójców. A kto lepiej je wykona, niż pan Herbatka, nieco nadgorliwy, ale za to nad wyraz skuteczny zabójca, który potrafi zabić każdego, nieważne żywego, czy nie...

To tylko jeden z wątków, bo oto nadchodzi Noc Strzeżenia Wiedź, kiedy to Wiedźmikołaj roznosi prezenty. Susan, wnuczka Śmierci, która wiedzie w miarę spokojne, normalne życie na posadzie guwernantki, czasem tylko tłukąc jakieś niewidzialne stwory pogrzebaczem, już wkrótce wmieszana zostanie w wydarzenia, w które mieszać by się nie chciała. Oto bowiem pojawia się Wiedźmikołaj, ale coś tu jest nie tak. To nie ten rubaszny staruszek, co zawsze, a Śmierć przebrana a jego strój. Ale dlaczego? Co się stało z prawdziwym Wiedźmikołajem? I jaka będzie w tym wszystkim rola Susan?

A tu jeszcze na Niewidocznym Uniwersytecie magowie postanawiają otworzyć łazienkę, która otwierana być nie powinna…

 

Nie wiem, czy Pratchett czytał album „Lobo: Paramilitarne Święta Specjalne” (jak niefortunnie przełożono na polski oryginalne „Paramilitary Christmas Special”), ale faktem jest, że tamta historia, w której istota nieszczególnie ludzka (akurat w „Lobo” był to Zajączek Wielkanocny), wynajmuje płatnego zabójcę by zlikwidował Świętego Mikołaja, ukazała się cztery lata przed „Wiedźmikołajem” i ma z nią wiele punktów wspólnych. Także na polu gatunkowym (satyra, komedia, czarny humor). Ale czy znał „Lobo”, czy nie, znał całą masę dzieł świątecznych. Co prawda ten zimowy klimat jakoś tonie w samej akcji i tylko czasem przebija, ale nawiązań do klasyki, od „Dziewczynki z zapałkami”, do „Opowieści wigilijnej” jest cała masa. I tymi nawiązaniami rzecz po części stoi. Ale nie tylko.

 

Wielki plus dla tego tomu, że wątek Śmierci, który (Śmierć, nie wątek) standardowo dla powieści o jego przygodach, znów wyłamuje się ze schematu, znów robi coś ludzkiego i wbrew zasadom, przełamany jest dużą, solidną dawką magów i ich akcji. Susan, która w zasadzie jest na równi ze swym dziadkiem główną bohaterką tomu, jest znów mocno nijaka i jakby jej nie było, ale magowie wymiatają. Całość wypełniona po brzegi humorem, wydarzeniami i bohaterami, ze świetnym panem Herbatką na czele, jeśli chodzi o kreację, dostarcza tu dobrej zabawy, i paru klimatycznych scen, i świetnej satyry także. To, co sporządza  na stronach Pratchett, to iście wybuchowa mieszanka, gdzie mit o Mikołaju spotyka się z historią o płatnych mordercach, a także opowieścią o dziecięcych lękach, a gdzieś tam pobrzękują takie nuty, jak „Z archiwum X” i to wszystko ze sobą gra.

 

Ot świetnie napisana bajka dla dorosłych. Jest urok. Jest sporo prawdy. I jest rozrywka, ale taka, która ma coś do powiedzenia i wie, jak to zrobić.

Komentarze