CZYTELNIKU,
POKOCHASZ
Kolejny klasyk jeszcze niepublikowany w ramach
„Wehikułu czasu” zawitał do tej serii. Tym razem jest nim Henry Kuttner. I nie
jest to może jakiś gigant literatury o olbrzymim dorobku – chociaż sporo
zdziałał na różnych fantazyjnych gruntach – ale wart jest uwagi. A to, co
dostajemy w tym tomie to zbiór wszystkich tekstów o Gallowayu Gallagehrze,
bodajże najsłynniejszym obok Elaka z Atlantydy (o ile nie najsłynniejszym)
bohaterze twórczości Kuttnera, uzupełniony o inne historie, w tym dotąd po polsku
nieznane. I dobrze jest. Ciekawie, intrygująco. I zabawnie, bo to taka
fantastyka nie na poważnie, z szalonymi pomysłami i skrząca się humorem, ale
jednocześnie pozostająca pomysłowa, ciekawa – tak od strony science, jak i
fiction – i naprawdę warta uwagi.
Głównym bohaterem książki jest Galloway Gallagehr, wynalazca,
utalentowany facet, któremu jednak na trzeźwo nic nie wychodzi, a wręcz
przeciwnie – pojawia się coraz więcej kłopotów. Dlatego wciąż dba o to, by
pozostawać w stanie upojenia (sami przeczytajcie jak to robi), a żeby mieć za
co żyć, konstruuje kolejne przedmioty dla klientów. I tak toczy się to jego
życie.
Henry Kuttner to człowiek, o którym sporo można
powiedzieć. Wielki fan Lovecrafta, z którym korespondował i którego uniwersum
rozwijał, właśnie przez taki krąg fanów / autorów poznał swoją żonę, też
miłośniczkę prozy samotnika z Providence, pisarkę C. L. Moore, z którą potem współtworzył
wiele dzieł. Jednocześnie Kuttner był przyjacielem innej legendy fantastyki,
Richard Matheson, który zadedykował mu swoją powieść „Jestem legendą”. A co do
legend, to Kuttnerem inspirowało się wielu, od Marion Zimmer Bradley („Mgły
Avalonu”), przez Raya Bradbury’ego (tego od „451 stopni Fahrenheita”) i Rogera
Zelzanego („Kroniki Amberu”), na pisarzu z fantastyką niezwiązanym, Williamie
S. Burroughsie („Nagi lunch”). Nieźle, prawda? tym bardziej, jak na autora,
który żył krótko, bo ledwie 42 lata, zanim zabrał nam go atak serca.
To jednak tylko otoczka, liczą się zaś same teksty,
a te są świetne. Nie przepadam za komediową fantastyką – wyjątkiem są tu dzieła
Terry’ego Pratchetta czy Douglasa Adamsa, a jednak Kuttner ma w sobie coś. Pod
pewnymi względami przypomina mi te mniej poważne teksty Lema, gdzie z jednej
strony mamy coś zabawnego, z drugiej jednak okazuje się, że kryje się w tym coś
więcej – świetne pomysły, ciekawe elementy naukowe, a wreszcie, gdy zechcieć
sięgnąć głębiej, także coś więcej. Na czterystu stronach tej książki widać do doskonale,
jednocześnie rzecz jest zupełnie inna od tego, co pokazałby nam Lem – bardziej
niegrzeczna, że tak to ujmę, idącym swoją drogą. Jak na to, że historie te powstawały
głównie w latach 40. XX wieku (a by być dokładnym od 1939 do 1958, choć
najwięcej ich powstało w roku 1943) są odważne, ale, choć to takie starocia,
nadal pozostają świeże, ciekawe, pomysłowe i urzekające. Współczesna fantastyka
cierpi na niedostatek pomysłów, jest wtórna i w ogóle, a tymczasem taka klasyka
nadal ma w sobie magię i odkrywczość.
I jest naprawdę dobrze napisana. Lekko, sprawnie, a
jednak treściwie. Wciąga, bawi, frapuje, intryguje. Zdarzają się momenty
słabsze, niekiedy i wysilone, ale nie zmienia to faktu, że rzecz, jak na
antologię, jest zadziwiająco równa i udana – ot książka, którą czytelniku
pokochasz, czasem fajnie sarkastyczna i cyniczna. Poza tym pobudza apetyt na
więcej, bo wydawca podaje, że to pierwszy tom opowiadań autora, a i dostajemy
zapowiedź kolejnej książki Kuttnera w „Wehikule czasu” – „Wszystko jest
iluzją”, więc jest na co czekać i z czego się cieszyć. Zanim ten się jednak
ukaże, mamy dostać też wznowienie „Najazdu z przeszłości” Hogana i na to też
ostrzę sobie zęby. Jak właściwie na wszystkie tytuły z tej linii wydawniczej,
bo są tego warte.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.
Komentarze
Prześlij komentarz