ALIENS
VS. PREDATORS
Piętnasty tom „Armady” to w zasadzie taki kolejny
nowy początek i powrót do tego, co już było. A jednocześnie to ciąg dalszy
wątków porzuconych, który daje nam wreszcie odpowiedź na pytanie kim jest
tajemniczy człowiek, którego kolekcjoner traktował jak syna. Co nie znaczy, że
nie stawia przy okazji kolejnych pytań. Ma też parę fajnych odniesień, ale też
jednocześnie to tom nieco słabszy od poprzednika, choć nadal bardzo zacny.
Navis udało się jakoś wybrnąć z ostatnich problemów
i spisków, odzyskała dawny status, znów jest wolna i ma swobodę tego, co chce
robić. A robić coś musi, bo trzeba się jakoś w tej Armadzie utrzymać, dlatego
ima się najróżniejszych zajęć. Teraz zostaje wynajęta do usunięcia zwierząt z
należącej do pewnego bogacza asteroidy. Navis zgadza się pod jednym warunkiem –
zwierzęta nie zostaną zabite, a jedynie odłowione i przeniesione do właściwych
biosfer. Nie wie jednak jeszcze, jakie polowanie będzie na nią czekało…
Tymczasem człowiek od kolekcjonera też poluje, ale
jego celem są niedobitki rasy najlepszych morderców w kosmosie, z którymi na
pieńku ma on sam, Atsukau i Navis. Jakie jednak tajemnice skrywa? Kim jest? I
jak odkrycie prawdy na jego temat wpłynie na naszą bohaterkę?
Ten tom to można powiedzieć jeden wielki hołd dla Mœbiusa,
legendarnego europejskiego komiksiarza. Tu pojawia się jedna z jego prac, jako
pamiątka z Ziemi (jeśli nie wiecie o co chodzi, wygooglajcie sobie „Feralnego
Majora”), na niej też oparty jest strój Navis, jaki wdziewa w tej części (w
sumie z jej strojami, jak z fryzurami i strojami Bulmy w „Dragon Ballu”, co
chwila jakiś inny, nawet po kilak razy na album – ot prawdziwa kobieta) i sporo
innych drobiazgów. Takie puszczanie oka, nawet jeśli tu jest podane na tacy, a
nie tylko dla tych, którzy je wyłapią, fajne jest. Ale jak wypada sam tom?
No całkiem fajnie, chociaż fabuła nie jest jakaś porywająca
czy oryginalna. Akcja dzieje się na kilku polach, wydarzenia toczą szybko i na
nudę nie ma tu miejsca. całość to w zasadzie kolejna samodzielna rzecz, jedynie
to wątki, jak z człowiekiem od Atsukau, sprawiają, że staje się częścią
większej całości. Ale czytać samodzielnie, w oderwaniu od tego, co było do tej
pory, nie ma sensu, co widać zresztą po sporej dozie odsyłaczy do tomów
poprzednich, do których rzecz odnosi się kiedy tylko może. Reszta to po prostu
szybka, sympatyczna akcja, oparta na sprawdzonych schematach, która ma za
zadanie stanowić pomost między ważnymi poprzednimi wydarzeniami i równie
ważnymi nadciągającymi w części kolejnej.
Wyśmienite rysunki, chociaż czasem mam wrażenie, że
poza Navis, Buchet jednak ludzi rysować nie lubi i też nie zawsze dobrze mu to
idzie – ale za to wszelkie technologie, futurystyczne wizie i obce rasy
wychodzą mu znakomicie – i fajny klimacik sprawiają, że nie ma zawodu. A
ostatnie strony albumu nakręcają akcję i podsycają apetyt.



Komentarze
Prześlij komentarz