Sknerus: Smok z Glasgow – Joris Chamblain, Fabrizio Petrossi

DZIECIŃSTWA CZASY SKNERUSA MCKWACZA

 

Myślałem, że skończyłem z czytaniem tych albumowych wydań komiksów z Kaczkami i Myszami. Bo raz, że miejsca brakuje, dwa, że jednak zwykle mając do wyboru na co wydać kasę, wolę jednak zainwestować w rzeczy z tymi postaciami może i gorzej wydane, ale za to taniej. Ale obok tomu poświęconego Sknerusowi nie mogłem przejść obojętnie. Może jeszcze bym się wahała, gdyby to było o dorosłym McKwaczu, ale że o jego dzieciństwie? Nie, to musiałem poznać. I wiadomo, to nie komiks na miarę Carla Barka czy Dona Rosy, w zasadzie między nimi przepaść cała zieje, ale nadal jest przyjemny. A fakt, że robił go scenarzysta, którego lubię (bo jak tu nie lubić np. „Pamiętników Wisienki”?) tylko upewnił mnie w wyborze. Całość zaś śmiało mogę Wam polecić, jeśli lubicie europejskie komiksy dla dzieci i / lub (ale to wiadomo) Sknerusa czy w ogóle disnejowskie kaczki, a fanom „Życia i czasów Sknerusa McKwacza” jeszcze bardziej: jako dodatek do wydarzeń, bo niestety nie pod względem jakości.

 

Siostrzeńcy, Hyzio, Dyzio i Zyzio, chcąc by wujek Sknerus obejrzał ich przedstawienie o wydarzeniach na podstawie legend z Glasgow, wystawiają je u niego w skarbcu. Sądzą, że temat go zaciekawi, bo dotyczy legend o smoku z czasów, kiedy Sknerus sam tam mieszkał. Przy okazji chcą dowiedzieć się od niego czegoś więcej w tej kwestii – niestety, Skenrusa, chociaż najwyraźniej doskonale wie, co się wówczas wydarzyło i znał bohaterkę przedstawienia, nie zamierza niczym się dzielić. Ale przecież nie on jedyny mieszkał w XIX wieku w Glasgow. Za radą wujka Donalda, siostrzeńcy kontaktują się z jego siostrą i…

I tak zaczyna się opowieść o dzieciństwie Sknerusa. Losach młodego kaczora, który wraz z kolegami i siostrą miasto traktował, jak plac zabaw, a opuszczone korytarze kopalni węgla szczególnie ich pociągały. Ale dlaczego? Jakie sekrety kryje młodość McKwacza? I czego jeszcze o nim nie wiemy? A przede wszystkim, co ze smokiem?

 

Widać – i to bardzo – że scenarzysta tego albumu uwielbia komiksy Dona Rosy (i Barksa na pewno też). Dlaczego? Bo ta historia nie tylko skrojona jest według typowego dla Rosy schematu (oto siostrzeńcy znajdują jakiś element związany z przeszłością Sknerusa i tak zaczyna się opowieść o tych czasach), ale i mocno łączy się w jego opus magnum – „Życiem i czasami Sknerusa McKwacza”. Na dodatek rzecz mocno inspiruje się „Powrotem do Klondike” Barksa i jego kontynuacją Rosy. Żeby jednak nie zdradzać za wiele, nie pociągnę tematu dalej. Sami odkryjcie, o co chodzi. Mogę Wam jednak zdradzić coś jeszcze. Ostatnie strony tego albumu przeplatają się z wydarzeniami z pierwszego rozdziału „Życia i czasów”, ukazując nam wiele ciekawych elementów. Motywacja Sknerusa do wyjazdu do Ameryki, wybór metody ukarania Wikserwillów etc. – te elementy fajnie się łączą i zyskują nowy wymiar i w założeniu naprawdę dobrze to wypada. Wykonanie jednak pozostawia sporo do życzenia.

 


Całość to po prostu sympatyczna opowiastka o dzieciakach żyjących w trudnych czasach, ale niepoddających się. Mają swoje marzenia, mają problemy. Nie są to grzeczne dzieciaki, ale z ich przygód płynie moralizatorska, ale nienachalna treść. Najlepiej jednak działa tu wątek romantyczny, nie poradzę, już taki ze mnie człek, że mnie to kręci i kupuje. I nostalgiczne elementy też nieźle wypadają, grając zarówno na sentymentach ludzi, którzy wciąż pamiętają, jak to było być dzieckiem, ale i fanach, którzy na Rosie i Barskie się wychowali. Trąciło to coś w serduchu, chociaż proste i niewymagające jest to wszystko. No i postaciom brakuje też charakteru, jaki mieć powinny, ale jakoś przymyka się na to oko.

 

Najbardziej jednak szkoda, że graficznie rzecz wygląda, jak wygląda. Gdyby dać tu innego rysownika, niż Fabrizio Petrossi (ach jakbym to zobaczył np. rysowane przez Marco Rotę!), byłoby jeszcze lepiej. Dla dzieciaków taka ekspresyjna cartoonowość to fajna sprawa, podobnie, jak złożone, nowoczesne barwy, ale starsi na pewno chcieliby czegoś bardziej klasycznego, co doskonale wpasowałby się w realizm komiksów Rosy albo ponadczasowość Barksa. Szkoda. Acz jako ciekawostka i prolog do dzieła życia Rosy, komiks wart jest uwagi. Niby nic, niby sporo minusów, ale jakoś i tak bawiłem się chyba nawet lepiej, niż czytają podobne dopełnianie losów Sknerusa – „Pamiętniki Sknerusa McKwacza”.

 

Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze