Amazing Spider-Man #4: Mroczna sieć – Zeb Wells, Adam Kubert, Ed McGuinness, John Romita Jr, Francesco Mortariono

MARNA SIEĆ

 

Oj nie ciągnęło mnie do tego tomu, nie ciągnęło. Znam tę historię i nie chciałem jej czytać po polsku, bo Wells pokazał tu, że jednak nie powinien brać się za niektóre rzeczy, a Marvel, że zabrakło im redaktora, który by jednak potrafił oddzielić ziarna od plew i pokierować twórcą tak, by zrobił coś dobrego, a co złe mu wyrzucić. Jest jak jest. Wells, który od początku tego runu chyba za cel swojego twórczego panowania nad serią obrał dowarzenie drugiej „Sagi klonów” i wciskanie w nią, co się da wbrew logice, już w „Korporacji Beyond” zrobił słabiznę, a teraz poszedł jeszcze dalej. Efekt? Połączenie „Sagi klonów” z „Inferno”, pełne powielania tego, co już było i doprawienia tego pomysłami tak złymi, że stanowią tylko gwoździe do tej trumny. No, ale po kolei.

 

Po ostatnich wydarzeniach z Benem coś się stało. Coś zmieniło. Teraz, jako Chasm, wraz ze swoją ukochaną Hallows’ Eve, przebywa w Limbo razem z Madelyne Pryor, klonem Jean Grey. I razem knują też wielką zemstę za to, co utracili.

Tymczasem powoli kończy się rok, a Peter i cała reszta spotykają się na urodzinach zmarłego Harry’ego. Jednocześnie to też okazja by Peter i MJ nieco poukładali to, co się ostatnio między nimi dzieje. Ale niestety szybko pojawia się zagrożenie. Madelyne serwuje miastu powtórkę z „Inferno”. Przedmioty nieżywione ożywają, stając się pokręconymi, szalonymi, horrorwymi wersjami samych siebie i zaczynają atakować ludzi, wypuszczony przez nią Venom z wypranym mózgiem nadal jest zabójczym obrońcą, ale jego nadrzędnym celem jest zjedzenie mózgu Spider-Mana, a Ben zamierza ciągnąć ten koszmar dopóki nie odzyska tego, co utracił. Co prawda w wydarzenia mieszają się m.in. Kamala i X-Men, ale sytuacja jest poważna i…

 

Strasznie rozdarty jest ten komiks. Strasznie nierówny. I wypełniony tandetnymi pomysłami. I to jego największe minusy. Nie sam pomysł, wtórny do bólu, co już wykazałem na wstępie, ale to jeszcze dałoby się przeżyć. Bo ja naprawdę uwielbiam stare opowieści o pajęczych klonach, tak te z lat 70., 80. jak i 90. XX wieku, a „Inferno” bardzo lubię. Ale nie da się przeżyć beznadziejnych pomysłów, jakimi wypełnił ten album Wells. A co gorsza, jednocześnie pokazuje nam, że mogło być z tego coś niezłego, bo są tu udane momenty (jak początkowego urodziny i relacje między bohaterami, a także parę chwil w finałowym starciu), a Wells pisać jeszcze coś tam potrafi, ale…

 

Zacznijmy od kiepskich pomysłów. Bo to, co robi z Benem to w ogóle beznadzieja jest i tragedia. Spartolił temat strasznie w „Beyond”, które było niczym innym, jak odtworzeniem innej, znanej już fanom fabuły, ale gorzej. Teraz idzie jeszcze dalej i psuje „Inferno”, dorzucając do tego bardzo słaby wątek z Venomem, gdzie partoli postać, jeszcze gorszy z piekłem i Złośliwą Szóstką (miała być horrorowa wariacja na temat Złowieszczej Szóstki, ale nie liczcie na to, bo ich prawie nie ma), a całość zmienia w żenującą komedię, gdzie humor na poziomie tych żałosnych żarcików, jakimi raczył nas Spencer, wpleciony został w idiotyczną historię, gdzie znalazło się miejsce dla JJJ-a, żeby… dobra, przeczytajcie sami, chociaż szczerze odradzam.

 


No i są te kiepskie kreacje postaci, o jakich wspominałem. Ben jest żałośnie poprowadzony (chociaż jeszcze gorzej robi go Ewing w „Venomie”), a jego kostium Chasma to w porażka. Madelyne straciła wszystko, za co ją lubiłem, podobnie Janine – obie stały się papierowymi postaciami, które niby powinny być wyraziste, a znikają na stronach. A Rek-Rap, tęsknota za zapomnianym już Spider-Cide’em, to kreacja warta co najwyżej przemilczenia. Tak samo jak Kamala czy X-Men, którzy niby są, ale jakby nikogo nie obchodzili (a że tu nie mamy tie-inów z nimi czy z Goblinem, to i parę drobiazgów, jak dogadanie się Jean i Madelyne wypada blado, bo rzecz zmieniająca całą akcję… dzieje się poza kadrem). A jeszcze jaki w tym chaos, jaki brak pomysłu jak to poprowadzić i co zrobić i jakie tanie zagrywki. Jakby ktoś fanfika machnął, ale talentu za wiele nie miał. W zasadzie to taka fabuła, którą mógłby zrobić jakiś dzieciak siedząc w wannie i bawiąc się figurkami, których jakoś tak za mało uzbierał i nie za bardzo mógł epicko się popisać. A chciał. Dlatego chociaż cały Nowy Jork zmienia się w piekło, a w tym mieście mamy zawsze od choroby herosów, tych w ogóle nie uświadczycie na stronach. Finał całości wbija jeszcze jeden, mocny gwóźdź do tej trumny i pozostawia z niesmakiem.

 

Jedynie graficznie jest tu dobrze… Znaczy dobrze jest, kiedy rysuje Romita, ale to tylko parę plansz i kiedy Kubert z rozmachem i emocjami macha swoje plansze (ale kiedy idzie w komedie, czasem to wygląda, jakby niektóre kadry ciskał Śledziu, poważnie). Niestety, gdy za ołówek łapie McGuinness, to jakby w kiepską komedię celował, gdzie cartoonowość, która tu nie pasuje, zabija to, co w jego rysunkach dobre (a dobry jest najczęściej tylko kolor…), a Francesco Mortariono to już w ogóle słabo wypada. W skrócie: szkoda. Kasy, czasu, życia. Miał być dramat i jest, ale chyba nie taki, jaki chciał autor. Jest w tym komiksie taki wątek, że Venom lata, zachowując się jak idiota i chce zjeść mózg Petera – no i chyba nie Petera, a Wellsa ten mózg zjadł i stąd taki kiks, jak „Mroczna sieć”. Innego wytłumaczenie nie znajduję.

 


Chronologia czytania wydanych po polsku numerów:

·       Amazing Spider-Man #11 – #13

·       FCBD 2022: Spider-Man/Venom #1

·       Venom #13

·       Amazing Spider-Man #14

·       Dark Web #1

·       Amazing Spider-Man #15-16

·       Venom #14

·       Amazing Spider-Man #17

·       Venom #15

·       Amazing Spider-Man #18

·       Venom #16

·       Dark Web: Finale #1

Komentarze